Czyli opowieść o 24 dętkach.
Plan trasy mieszka pod Mapą. Pierwsze kilka dni opisuje Michał, ale coś się guzdrze. Na razie polecam więc czytanie od 12 lutego.
Michał ze Stasiem wylądowali szczęśliwie w Buenos. Wcześniej spędzili 5h w Rzymie, czekając na połączenie (wystarczyło czasu obiad, lody oraz na Bazylikę i muzeum w Watykanie, Castello di Angelo, Pantenon, Piazza Venezia, Fontanna di Trevi i schody hiszpańskie).
Zdradziecko ogromna większość lotów lokalnych jest z lotniska oddalonego o 50km od Ezeiza (internacional). Co gorsza dla mnie, jedyny lot do San Juan jest za wcześnie, żeby na niego zdążyć. Stąd zmiana planów: Staś z Michałem lecą do Mendozy, ja za nimi za 4 dni.
Poprzedni dzień bez wiadomości, bo zasięg tylko w Mendozie jak się okazuje. Doszedł za to e-mail:
Piszemy z Uspallaty - ze 120 km od granicy z Chile (Portillo). Pierwsze wrażenie to, że ciężko się jedzie - sporo robót drogowych, objazdów itp - wszystko wolniej. Mamy taka propozycje - my byśmy wjechali do Chile i potem zjechali do Vina del Mar (nad morzem) - i tam byś dojechał (sa bezpośrednie autobusy z Mendozy). Olalibyśmy Passo aqua negra, w atacamie i może się nawet wyższa wysokość trafić. Jadąc od strony Argentyny w Andy nie jest tak rewelacyjnie - sucho, same skały. I stracilibyśmy kilka dni - a tam wygląda ciężko, np Staś szacuje od granicy z Chile do Salty na 5 dni.
Oczywiscie jak bardzo chcesz Agua Negra [chcę!!] to możemy wrócić do Mendozy busem. Ale i tak wtedy do Flores z Mendozy jest 350km - niestety to 3 dni moga być i dopiero Andy by się zaczęły - prawie tydzień z głowy.
Przywieź pls bidon jeden extra i koszyk (ze śrubkami) i pod siodełko (bo chamy mi ukradli).
Relacje przejmuje Włodo - wszystkie Szczurki w podroży...
Mateusz wyrusza. Teren zabezpieczony przez pozostałych braci. Nadchodzą pierwsze wiadomości: Chłopaki /Michał + Staś/ na granicy Chile - w El Portillo. Mateusz miejmy nadzieje po udanym desancie z powietrza atakuje Santiago.
Mateusz: Gdzieś nad Atlantykiem - (Alitalia) - Buenos Aires - (Aerolineas Argentinas) - Mendosa - (autobus Andesmar) - Viña del Mar
W Buenos Aires taksówkarz zasłania spodnie szmata, żeby słońce nie zepsuło ciemnych spodni.
Rower przeżył idealnie wszystkie trzy samoloty - chwała teściowi, ze tak pięknie zafoliował. 5 minut i mogłem jechać z lotniska. Tylko jak wrócić?...
Kryzys w rozwiniętym państwie zostawia zachowania podobne ale jednak sporo inne niż bieda w krajach niezbyt rozwiniętych. Dzieci w Mendozie nagabują przy stolikach, ale zawsze oferując coś. W Afryce jest donne moi le Bic. Tu dzieci chcą ci sprzedać bica. Inny jest też stosunek kelnerów do dzieci. Zamiast przeganiać jak w Maroku, przybijają piątkę, oglądają co jest na ofercie. Mają na to czas, bo kryzys albo dostosował płace, albo zapomniał dostosować zatrudnienie. W kawiarni 5 kelnerów zajmuje się głównie sprawdzaniem która z licznie przechodzących deptakiem kobiet nosi stringi. Doliczyłem się ledwie 3, a więc trzy razy mniej niż w kolejce do rentgena bagażu w Mediolanie.
W autobusie (tanim - 30 peso, a więc ponad 3x mniej niż taksówka z lotniska na lotnisko w Buenos) pusto, fotele jak łóżka, w kinie pokładowym Maska Zorro, i to po angielsku. Na granicy - przełęczy długa chwila strachu (czy wykryją kabanosy, których import do Chile jest surowo zakazany) i ciekawa scena zbierania (wśród pasażerów) monet do kubeczka dla pograniczników chilijskich. Jednocześnie jednak powszechnie wiadomo (tzn. Lonely Planet pisze), że policja chilijska słynie z nieprzekupności.
150km, Viña del Mar - Katapulko - Zapalaj - różneguie
SMS: "Dymamy jak te dziady z Viña del Mar na północ - 80 km i 2000m przewyższenia - a nigdzie nie dojechaliśmy! Ciężki kraj, już lepiej wspinać się na wielka górę."
32km, Piczihanhuj - Los Vilos - (Łada) - La Serena. Jedna dętka.
SA PIERWSZE ZDJECIA !!!
Znany podróżnik Mateo z La Sereny wrzuca kilka fotek z podroży, widać jak Nasi Europejczycy potrafią sobie świetnie radzić z problemami choroby wysokościowej... ...A tyle razy powtarzałem "Tylko herbata z imbirem."; nic to! Najwyraźniej patenty Indyjskich Szerpow nie działają na półkuli południowej./przyp. aut./
150km, La Serena (nad morzem) - Vicuña - Juntas del Toro (2080m npm). 20km po wertepach. Średnia 20km/h, 1 guma.

No to wyjazd. Z La Sereny w stronę Vicuña najpierw chmurnie i niezbyt równo, potem droga robi się gładka, wychodzi słońce (jak zawsze w Chile z dala od Pacyfiku) i dmie wiatr na wschód. Przed jeziorem (jedyny większy podjazd na pierwszych 100km) spotykamy lokalnego dżollera, bez rękawów na góralu, który dla sportu podbiega pod górę. Potem jedziemy (coraz szybciej) w formacji, do ostatecznego sprintu w Vicuña nie dochodzi, bo po pierwsze nie wiadomo gdzie się zaczyna miasto (jest z boku za wąskim mostkiem), po drugie łapię gumę, pierwszy, niewinny raz, nie ostatni niestety jak się okaże.
Vicuña ładna, z drewnianą wieżą ratuszową w kształcie baszty (zamówioną przez niemieckiego burmistrza). Jemy niedobre pizze, co na Stasiu będzie się mściło przez całe Andy. W internetowym punkciku poprawiam link na stronie, który uniemożliwia niektórym czytanie uaktualnionych wersji sprawozdań.
Słońce straszne, jedziemy dalej z wiatrem, ciągle bardzo, bardzo łagodnie. Między Chaplicą a Huantą dużo sztucznie nawadnianych winnic wielkich koncernów, przykrytych siatką przeciw zbyt dużemu słońcu, w całkowicie już kamienistych okolicach. Dzielimy się wodą z jakimś nieszczęśnikiem pchającym (pod wiatr) rower w drugą stronę, mimo spadku.
W Huancie (na mapie nazywa się Guanta; gdzie wyjściowo chcieliśmy spać) są dobre i złe wiadomości. Dobra to ta, że asfalt nie kończy się jeszcze tam, ale dopiero za 20km. Zła to beznadziejne zaopatrzenie sklepu, gdzie mieliśmy kupić jedzenie na najbliższe trzy dni. Kupujemy Colę, dwie puszki tuńczyka, sardynki, jakieś straszne skondensowane mleko, sporo ciastek i batonów i z ciężkim sercem ruszamy dalej w stronę punktu granicznego 40km dalej. Ripio czyli szutrowa droga zaczyna się po 20km. Do wyboru tarka albo piasek. Jest słabo, zostaję trochę z tyłu - Staś z Michałem między sobą rozgrywają finisz do Juntas del Toro (wygrywa Staś). Przejście granicznie okazuje się niemal schroniskiem, choć nieoficjalnym. Wygodne pokoje z materacami (w kwiatki), wielka kuchnia i nijaki Hugo, który udostępnia nam swój prysznic z ciepłą wodą oraz sporo jedzenia na kolację. Przed nami z Vicuña (a wcześniej z Ziemi Ognistej) przybyła tam Szwajcarka Anie, od 30 lat na rowerze. Obalamy karton wina. To nieostatnie spotkanie.
45km, Juntas del Toro (2080m npm) - gdzieś za Embalse La Laguna, 3300m npm; wertepy, średnia 10km/h. Jedna dętka.
Ruszamy oczywiście później niż Szwajcarka, szutr lepszy (Staś łapie gumę), bardzo ciepło. Spotykamy się nad La Laguną, dużym, sztucznym jeziorem o niewiarygodnym kolorze, jakieś 35km od Junta 3000m npm po zaskakującym kawałku asfaltu i bardzo ostrym króciutkim podjeździe. Po drodze jakby więcej roślinności, zdarzają się pasterskie szałasy (z blachy). Od pasterzy nad jeziorem kupujemy trochę sera i przysypiamy chwilę.
Na noc rozbijamy się na mniej więcej 3300m npm na bardzo wygodnym żwirku koło drogi. Ruchu żadnego. Wysokość staje się tematem numer jeden. Moglibyśmy właściwie napierać dalej, ale nie chcemy spać zbyt wysoko. Serce bije jakby szybko, oddech dziwny, ale może to wszystko dolegliwości psychosomatyczne... W nocy zimno, rano trochę lodu na butelkach, ale bez przesady - kurtka i spodnie ortalionowe zostają w rezerwie. Gwiazdy zupełnie niewiarygodne, szkoda tylko, że nikt nie ma okularów (tylko Michał szkła kontaktowe), wrażenie byłoby jeszcze większe.
88km, 3300m npm - Paso del Agua Negra (4779m npm) - Refugio przed Guarderia Vieja (2700m npm); wertepy, średnia 14 km/h. 6 dętek.
Na obozowisku porzucamy kocyk z Alitalii. Mroźny poranek. Napieramy powoli, choć średnia na podjeździe tylko trochę poniżej 10km/h, zatrzymując się coraz częściej. Podjazd jest w sumie nie taki stromy, kłopotem jest raczej piasek, ale i ja na szosówce sobie radzę bez kłopotu. Problemem jest niepewność co do pozostałego dystansu. Końca, jak to w górach nie widać, droga wije się w bardzo skomplikowany sposób, czasami rozdzielając i mijając góry z różnych stron (gdzieś w dole widzimy Szwajcarkę, którą nie wiedzieć kiedy wyprzedziliśmy). Spotkany już bardzo wysoko samochód sugeruje (a może nie, przecież nikt z nas nie mówi po hiszpańsku), że do granicy Argentyny wprawdzie już niedaleko, ale sama przełęcz to jeszcze 15km (agrhh!). Okazało się to zupełną nieprawdą i na przełęcz (pierwszy Staś, potem ja) wdrapujemy się w dobrym stanie i wcześnie. Kłopoty zaczną się dopiero potem.
Zjazd po kamulcach szybko męczy, szczególnie mnie, na oponach 622x28. Na samym wstępie gubię kluczową śrubkę od prawego pedału VP SPD. Pierwszy gumę łapie Staś, ja przysypiam w trakcie naprawy. Potem ja dobijam przednią. Potem tylną. Potem znów przednią. Potem znów Staś tylną, co zabija jego morale już całkowicie. Wtedy mija nas Szwajcarka. Godziny mijają szybko, kilometry trochę wolniej, ale upragnionego asfaltu jak nie ma, tak nie ma. Nagle zaczyna się asfalt i spotykamy Sergio, jadącego ze swoją przyczepka pod górę! Spotkanie pozostawia miłe nastroje, choć asfalt szybko zamienia się w nic, a wiatr obraca się przeciw nam. Potem jeszcze łapie wolną gumę i podpompowując co 2km dojeżdżamy do Refugio - dziwnego domku, z dwoma facetami w środku, którzy zapraszają do spania. W środku pełen komfort, mnóstwo łóżek, woda (ogrzewana piecem na drewno na zewnątrz), TV Sat (z generatora na ropę), radio do wzywania ratunku, kuchnia, kominek (do pieczenia kabanosów).
Do panów dołączyło dwóch kolegów, razem wypiliśmy sporo vina con soda, wina czerwonego, zjedliśmy chleb z lokalnym pasztetem, pieczone kabanosy (skończyły się jednak) i pyszną zupę. W telewizji liga argentyńska i boks kobiecy.
Moja prawa ręka nie wygląda najlepiej, chyba nie powinienem był zdejmować rękawiczki...
120km, Guarderia Vieja - La Serena - Rodeo - San Jose de Jàchal. Średnia 22km/h, 3 gumy (+ jedna w nocy).
Od rana asfalt (ach, jak cudownie!!) i w dół. Dolatuje 50km/h do policjantów w Guarderia Vieja (uh-oh, szlaban!), tam spotykam Szwajcarkę (spała tam), której opowiadam o naszych przypadkach wulkanizacyjnych. Ta mówi coś że jeszcze nie miała żadnych problemów z oponami, czemu jednak brakuje wiarygodności po wyprowadzając rower spostrzega brak powietrza z tyłu. he-he. Nie powinienem się jednak śmiać, bo chłopaki nie dojeżdżają coś, a to dlatego, że Staś łapie gumę już na pierwszym kilometrze. Łatek już nie mamy, dobrego papieru ściernego też, pocięta dętka nie chce się kleić na klej do gumy, więc chłopaki używają superglue. Próbuję im wyjaśnić, że to złe rozwiązanie, że superglue jest nieelastyczny i nie ma prawa się trzymać. Nie ma prawa, ale trzyma się znacznie lepiej niż "poprawnie" przyklejone łatki, z którymi problemy będą się mnożyły. Prowizorka wytrzyma jeszcze 500km.
Zjazd w stronę La Sereny to marzenie - 40km/h przez 40km i bez pedałnięcia (no, może przyspieszając po kolejnej gumie, która wywołuje jedynie ataki śmiechu, kiedy aplikujemy wszystkie zapasy po kolei i każdy spektakularnie zawodzi (jeden nie chce się w ogóle napompować, drugi z sykiem uchodzi po prawie napompowaniu, trzeci po założeniu koła i opuszczeniu roweru na ziemię). Potem okazuje się, że moja przednia też coś miękka, ale dopompowuje i wytrzymuje jeszcze 20km do La Sereny (to była mała dziurka niezauważona w Refugio).
Tam świetna knajpa, po 1l piwa na osobę, mięso i frytki. Do Rodeo lecimy szybko, ale wiatr się wzmaga, więc kiedy stamtąd ruszamy do San Jose de Jàchal, robi się to już koszmarną wichurą w oczy. Ale okolica prześliczna, gum nawet nie łapiemy, więc jakoś to idzie. Sprint wygrywam, ciut, ciut przed Michałem.
San Jose de Jàchal robi na początku słabe wrażenie, pusto, gorąco... Ale trafiamy do hotelu [nazwa], tam mega-pranie, potem na rynek (dalej pusto), do Kościoła (to niedziela), tam słynny Christo Nero - ze skóry, dosyć ponure wrażenie zostawia, ale w końcu na krzyżu, to jakie ma zostawiać. Jedyna knajpa z Lonely Planet jest taka sobie, ale spotykamy dwóch geologów z Brazylii i Włoch. Po wieczornej mszy o 9, miasto wybucha życiem. Wokół rynku posuwają samochody z muzyką i czerwonymi światłami z przodu (!). Kafejka internetowa zapchana młodzieżą zatopioną w MSN Messenger. Czekając na miejsce prosimy o vino con soda (myśląc o kieliszku), dostajemy butelkę wina i butelkę sody (oczywiście za pół ceny kieliszka w Warszawie).
Na prawej ręce gigantyczny bąbel i opuchlizna taka, że nie da się założyć rękawiczki.
125km, San Jose de Jàchal - Huaco - Santa Clara; 22km/h, 3 gumy.
Wyjazd z miasta dopiero przed 12 - obudziliśmy się późno, potem wizyty w bicicleteriach, szukając dętek, łatek, śrubki do mojego SPD. Znaleźliśmy tylko bardzo cienkie dętki z prestą (clincher, co po angielsku odpowiada każdej nie-szytce, tutaj jest tylko cienką oponą szosową), grubsze dętki są tylko z wentylem samochodowym) i łatki. Hipochondrio-team (Michał ze Stasiem) skoczyli do apteki i jakoś tak zeszło.
Ciut nadłożyliśmy drogi jadąc do Huaco na Huaco, zamiast tak jak się powinno, gdzieś inaczej. Zawróciła nas jakaś dobra dusza, ale na tej lepszej drodze asfalt też szybko się skończył i po strasznych wertepach (ale ciekawą drogą, z jeziorem, kanionem, tunelem) i w rosnącym upale dobiliśmy w końcu do słynnej RN40. We wsi udało się dobić do sklepikarza, który prosto z łóżka, bez koszuli sprzedał nam mnóstwo wody, Pepsi (po godzinie jazdy w upale temperatura Pepsi zbliżyła się do temperatury dobrej herbaty, ale gaz pozostał), 7Up, chleba. Temperatura dochodziła do 49st (na termometrze CatEye, przynajmniej), usiedliśmy w cieniu, nogi włożyliśmy w kanał irygacyjny pędzący przez wioskę.
Do najbliższej wioski było 75km, bez wody, na szczęście z drzewami rozsianymi po pustkowiu. Najpierw wolno, ze zmianami co 5km, potem coraz szybciej, pod koniec niesieni burzą piaskową gnaliśmy już miejscami 40-50km/h do Santa Clary. RN40 na tym kawałku jest równiutka, bardzo szeroka i zupełnie pusta - używaliśmy obu jej pasów. Często zdarzają się jednak brody ze żwirem i kamieniami, na jednym takim dobiłem przednią dętkę, niedługo potem poszła tylna, przetarta na dziurze w oponie. Zapas założony na tył oczywiście trochę przepuszczał, ale wystarczająco wolno, żeby wygrać sprint na koniec przed kontrolą policyjną. Santa Clara to wiocha straszna, ale na stacji benzynowej przy skręcie na Villa Unión było bardzo dobrze - prysznic, wino, piwo, pizza, frytki, mięso i schronienie przed wichurą. Dojechała wkrótce Szwajcarka (nie pierwszy i nie ostatni raz spotkana), która przebyła ten straszny suchy, pylisty i gorący kawałek prawie bez wody. Rozbiliśmy się za stacją, która okazała się lokalnym centrum rozrywki. Dyskoteka trwała w najlepsze o 5 rano.
150km, Santa Clara - Puerto Alegre ;) - passo del Miranda (1980m npm) - Nonogasta - Chilecito. 45km po wertepach, średnia 19km/h, 2 gumy.
Rano szybki przejazd do Villa Unión, dalej w stronę gór. Znak koniec asfaltu był tam gdzie trzeba, na szczęście asfalt skończył się dopiero 10km dalej. Z zaopatrzeniem było krucho, bo miejscowość Puerto Alegre (na wszystkich naszych mapach, nawet tej w 1:4000000!) okazała się ponurym żartem. Po drodze spotkaliśmy kolejnego Wertera - Szwajcar w drodze z Ekwadoru do Ziemi Ognistej, Nowej Zelandii, Azji i innych takich. Obejrzeliśmy zdjęcia, zjedliśmy chleb (jego) i ruszyliśmy w przeciwne strony. Tym razem Staś złapał gumę - trzy kolce kaktusowe!
Okolica bardzo ładna. Droga wiła się jeszcze zanim zaczęła się poważnie wspinać. Klimaty jak z Bolka i Lolka na Dzikim Zachodzie - Pedro Złe Oko, kondory, kaktusy, czerwone skały, itd. Przełęcz (1980m) wygrałem ja, po bardzo ambitnym ataku Michała, aż kilka kilometrów przed szczytem. Staś odpadł z powodu krwi lecącej z nosa. Szliśmy równo, ale kiedy minimalnie wygrałem wyścig do przesmyku między skałami o którym myśleliśmy, że jest przełęczą i okazało się że to jeszcze nie koniec, para zeszła z obydwu, a Michał wręcz stanął, więc skończyłem wyścig z 1,5min przewagi.
Nierówności nawierzchni na zjeździe rekompensowała sceneria - totalna. Kierowcy autobusów (pasażerowie też) musza się nieźle bawić lawirując miedzy skałami, przepaściami i w piachu. Potem, już po asfalcie szybki zjazd do Mirandy i Nonogasty (75km/h w jednym miejscu) i (już po płaskim) do Chilecito. Po drodze po raz pierwszy widzimy plakaty Los Nocheros. Ich chwytliwy przebój wiele razy mieliśmy jeszcze nucić podczas tego wyjazdu...
Wygrałem z ponad 4min przewagi, do walki stymulowali mnie prawdziwi kolarze, którzy chyba mieli jakiś wyścig. W lepszej formie już nie byłem - pozostałą przełęcz 2 dni później rozgrywali już Staś z Michałem.
Miasto duże, obchodziło rocznicę założenia, na rynku więc imprezy, scena, duet egzotyczny, godzinami ciągnące się przemowy, dziesiątki pucharów i nagród do rozdania, grubi burmistrzowie, świetna zabawa. Ciężarówka z wielkim megafonem reklamuje koncert Los Nocheros. Hotel Riviera klimatyczny - mieszkaliśmy w pokoju-muzeum Carlosa Gardela (boga tanga), który chyba tam kiedyś też spał.
Ręka jeszcze boli, ale mniej, rany powoli wysychają.
Autobus: Chilecito - La Rioja - San Miguel de Tucuman - (następnego dnia) Tafi del Valle
Dzień prawie bez roweru. Około południa wyjeżdżamy z Chilecito do stolicy prowincji, La Rioja. Tam ślicznie, choć chmurnie. Większość czasu spędzamy w kawiarni niedaleko rynku. Szukam poczty, ale w tym kraju to nie jest instytucja łatwospotykana. Sam urząd robi ponure wrażenie, bardzo długa kolejka, drogie znaczki, ale żadnych kartek. Kartki będę musiał sobie wydrukować sam, w Salcie, a wysłać dopiero w Buenos Aires. Obiad w [xxxxx], z bardzo miłym kelnerem.
Następne godziny to dworzec nadziei. Autobus o 23:30 nie przyjeżdża, informacja, że się zepsuł i przyjedzie o 2:00 wprawia nas w zakłopotanie (jeśli się zepsuł, to dlaczego przyjedzie; jeśli już ma przyjechać, to dlaczego akurat o 2:00, a nie kiedy indziej). Co gorsza sprawa włożenia rowerów wygląda coraz gorzej, na platformie piętrzą się inne rowery, ćwiczy drużyna szermierzy na wózkach inwalidzkich, zakonnice itd. W kiblu w przydworcowej knajpie znajdujemy zlew z epoki kamienia łupanego.
Autobus okazuje się spoko, śpimy jak betony aż do San Miguel de Tucuman.
80km? Tafi del Valle (2000m npm) - passo Infernillo (3080m) - Quilmes. Jedna guma.
Po wielkich trudach z wpakowaniem rowerów do autobusu (jedyny taki problem w Argentynie, spośród pięciu przejazdów) dostaliśmy się do Tafi. Dolina po drodze zupełnie inna niż zwykle, zamiast surowych rumowisk skalnych, dżungla, trawy zwisające ze skał i zielono. Samo Tafi wygląda trochę jak alpejska wioska, jezioro, łąki, dużo ludzi, pensjonaty, itp. Cała droga na passo to dosyć równy, ciężki, choć asfaltowy, podjazd. Na przełęczy chmury i zimno. Kondycja i żołądek szwankują, Staś z Michałem daleko z przodu, ale nie mogli się zgodzić gdzie właściwie była meta, więc między nimi remis.
Zjazd to wielkie rozczarowanie - niby asfalt, ale dziury, kamienie powbijane w smołę, beznadzieja. Łapię wolną gumę, nawet nie dobijając dętki, ale jakoś dojeżdżam do końca 40km dalej dopompowując od czasu do czasu. Mimo nawierzchni pada mój rekord prędkości - 84.9km/h. Można było szybciej (52x11 zębów to jest to!), gdybym wiedział, że tam akurat nie było tak nierówno.
Po wypłaszczeniu robi się wiatr w oczy, jest już późno, skręcamy więc 5km po wertepach z głównej drogi (znów RN40) do Quilmes, 30ha przedincaskich ruin z luksusowym hotelem. Nazwa miejsca była podwójnie zachęcająca, kto był w Argentynie wie co to jest Quilmes (w litrowej butelce).
40km Quilmes - Cafayate. 4 dętki + jedna opona.
Po porannej kąpieli w basenie, śniadaniu i oglądaniu 30ha gruzów, ruszamy z ambitnym planem naprzód, choć późna godzina już wyklucza ambitniejsze cele dojechania do Salty (240km). Szybko po drodze trafiamy na niewiarygodną scenkę jak z folderu. Wzdłuż drogi zaczyna galopować (40km/h, sprawdziłem) młody ze starym. Potem dołącza trzeci, widać, że profi-gaucho. Po drugiej stronie wypadają z krzaków trzy konie. Wszyscy gnają jak dzicy. Gaucho przelatuje na drugą stronę, lokalni wieśniacy machając rękami próbują zatrzymać, albo skierować konie gdzie indziej. Gaucho zaczyna machać lassem. My przecieramy oczy. W końcu łapią co najmniej dwa z koni, my jedziemy dalej.
Nadzieje na Saltę rozwiewają się już całkiem - Staś łapie tylną gumę, a Michał znajduje bardzo przyjemną knajpkę w Colalao del Valle. Resztki pieniędzy wydajemy na empanadę (pierogi) i Norte, czyli piwo lokalne, konkurencję Salty. Okrzyk "ruszamy na Norte" uświadamia nam, że nigdzie daleko nie zajedziemy już w tym wyjeździe. Ze Stasia tylnej opony właściwie już nic nie zostało, zakładamy więc zapas "dojazdowy" (622x23).
Po kilku kilometrach Staś znów łapie tylną. Po długim jakimś łataniu ruszamy tylko po to, żeby zatrzymać się i zmienić z kolei moją tylną. W około winnice.
W końcu dojeżdżamy do Cafayate. Sprint się skończył dziwnie, bo jedyny znak do którego dało się ścigać był nazwą rzeki, zaś miasto było opanowane przez tłumy. Okazuje się że Staś znów nie ma powietrza w tylnym). Tam trwa wielka impreza Serenata de Cafayate - tłumy ludzi, gigantyczny jarmark, pamiątkarze, sprzedawcy piany w sprayu, nie ma miejsc w hotelach i schroniskach, ani biletów na autobusy do Salty. Spotykamy lokalnego cyklistę z bagażami - jedynego w tym wyjeździe. W końcu kupujemy bilety na 5 rano (z gwarancją przewozu rowerów) i znajdujemy jakąś klitkę, blisko centrum. Obiad w El Rancho, nic specjalnego.
20km Cafayate -(autobus)- Salta - Lotnisko - (Aerolinias Argentinas) - Buenos Aires. Jedna dętka.
O 4:30, kiedy się budzimy, impreza ciągle trwa. Kierowca autobusu przyjeżdża na dworzec na rowerze i wpakowuje się z hukiem w blaszaną bramę hangaru. Bardzo to budujące. Ale dojeżdżamy bez kłopotu, Salta śliczna, zaczynamy też zakupy.
Do lotniska w Salcie i z lotniska w Buenos do centrum dojeżdżamy rowerami, dosyć sprawnie (przed wyruszeniem z kawiarni orientuję się, że w tylnym nie mam powietrza. Hotel Tres Sargentes na ulicy o tej samej nazwie w Buenos jest spoko, szkoda, że sympatyczny młody w recepcji zostanie zmieniony przez beznadziejnego dziada, który zamówi taksóweczkę dla trzech chłopów z trzema rowerami. Zakupy na Florydzie, palce lizać.
14tys km - Buenos Aires - Rzym - Warszawa
Poranny spacer po zabytkach i bankach Buenos, miasto w niedzielę rozkręca się bardzo powoli. Potem stres taksówkowy, ale zdążamy akurat na Ezeizę. W Rzymie Koloseum, Forum Romanum, pizza, kawusia i lody, zgodnie z westchnieniami Stasia, jeszcze z Andów.
Przyznaję, że punktacja jest nieco arbitralna (Michał twierdzi, że na Agua Negra wcale się nie ścigaliśmy, Staś, że wysokie przełęcze powinny liczyć się za więcej), jestem otwarty na inne propozycje. Ale zaliczyłem obydwu konkurentom Infernillo po 2pkt i nie policzyłem gigantycznej przewagi na czasówce Nonogasta-Chilecito.
| Staś | Michał | Mateusz | |
| Juntas del Toro | 2 | 1 | 0 |
| passo del Agua Negra | 2 | 0 | 1 |
| San Jose de Jàchal | 0 | 1 | 2 |
| Santa Clara | 0 | 1 | 2 |
| passo del Miranda | 0 | 1 | 2 |
| passo Infernillo | 2 | 2 | 0 |
| Razem | 6 | 6 | 7 |
Rozkład powodów złapanych gum jest nawet całkiem wyrównany. Bardziej nawet niż myślałem. Tak czy owak prowadzą zdecydowanie źle przyklejone łatki. Niestety, dowodzi to, że w gorącu kleić trzeba dobrze - rzeczy które uchodzą w Polsce mszczą się zawsze kiedy temperatura rośnie. Na początku nie mieliśmy nawet porządnego papieru ściernego, co dodatkowo utrudniało sprawę.
Zwykłe przebicia być może należałoby powiązać z oponami Stasia, które swoje najlepsze lata miały dawno za sobą. Pod koniec wyjazdu wystawały już druty prawie na całym obwodzie bieżnika.
| Dobicia | 6 |
| Niedołatane | 9 |
| Zwykłe przebicia | 8 |
| Uszkodzona opona | 1 |
| Razem | 24 |
Wnioski (my, tzn. Staś i Mateusz, Michała problem w ogóle nie dotyczył!) robiliśmy dokładnie wszystko odwrotnie:
Dobrze jest wyjeżdżać z nowymi dętkami zapasowymi.
Uwaga na zużyte opony.
Jeśli się da, rozwiercić obręcz aby mieścił się wentyl samochodowy. Dostępność dętek z wąskimi wentylami w niektórych krajach jest ograniczona, a w szerszą dziurę można wkładać prestę bez kłopotu.
Bardzo dokładnie łatać dętki.
Bardzo dobrze pompować opony na wertepach. Wymaga to świetnej pompki, jeśli opony są wąskie.
Razem około 1350km (Mateusz 300km mniej), cztery znaczniejsze przełęcze (3xxxm, 4779m, 1980m, 3080m), łączne przewyższenie brutto gigantyczne, choć trudno powiedzieć jakie. Wysokościomierz CatEye zaczął pokazywać dziwne rzeczy, na wietrze wysokość skakała o 100m w dwie strony, co nabijało sztucznie dzienne przewyższenie.