Monstrualne, choć każdy trochę inaczej. Argentyna wielka pod każdym względem, co przy rzeźbie terenu w naszych rejonach i jakości dróg oznacza wielogodzinne przejazdy autobusem pomiędzy bliskimi sobie (na mapie przynajmniej) stolicami prowincji. Andy wzdłuż zachodniej granicy, włażące dość daleko w głąb kraju na północy. Najwyższa góra Ameryk, dużo przełęczy 3-4tys m, wiele zamkniętych jesienią i w zimie.
Kawał lądu na kilkaset kilometrów naokoło Buenos to nudna pampa - polecam przejechanie autobusem lub samolotem.
Chile długie na pół Ameryki Pd, za to bardzo wąskie (ledwo 400km w najszerszym miejscu, często znacznie mniej). Powoduje to komplikacje drogowe (patrz drogi). Andy i przełęcze te same co wyżej, choć jakby stromiej opadające do morza.
To środek lata, na północno-środkowej części Argentyny bardzo gorąco i sucho, zdarza się 50st w słońcu, mimo sporej wysokości. Ale pomaga to w przekraczaniu wysokich przełęczy, jak na 4800m klimat bardzo przyjemny. Dalej na północ (Salta, Tucuman) wilgotniej, raz prawie (tzn niedaleko) padał deszcz. W Buenos Aires dosyć chłodno jak na porę roku, ale zbyt krótko tam byliśmy, żeby wiedzieć na pewno.
Chile jest bardzo przyjemnie, nawet na Atacamie, która mimo swojej famy najsuchszej pustyni świata, wcale nie jest zbyt gorąca, nawet w lecie. A to dzięki prądom pacyficznym. Pochodną tego jest białawe, albo zachmurzone niebo wzdłuż wybrzeża - 50km od oceanu jest już ślicznie i goręcej. Coś jak mżawka było raz, ale może to ktoś spryskiwał szybę w samochodzie.
Nie wolno wwozić jedzenia (owoców, mięsa, niczego) do Argentyny, a szczególnie do Chile. Ostre kontrole na granicy, nawet lądowej z Argentyną (prześwietlanie wszystkiego). Ale kabanosy i tak przywieźliśmy.
Normalne numery z niefotografowaniem obiektów wojskowych itp.
Rewelacja, choć z komunikacją są problemy jeśli nie mówi się po hiszpańsku. Dziewczyny ładniejsze w Argentynie niż w Chile. Bardzo, bardzo przyjaźnie. Ale pamiętajcie o dawaniu monet ładującym bagaże do autobusu!
Hiszpański. Angielski w sklepach w Buenos Aires, poza stolicą trzeba machać rękami.
Trzy zapięcia do roweru na pewno nie były potrzebne. Często zdarzało się nam rowerów na noc w ogóle nie zapinać. Bardzo, bardzo przyjemnie, ani przypadków, ani poczucia zagrożenia. No, ale kryzysowe demonstracje placateiros się skończyły.
Drogi są różne. Asfaltowe najczęściej o świetnej nawierzchni (z wyjątkiem zjazdu z Infernillo i pierwszego kawałka drogi na północ Vina del Mar wzdłuż Pacyfiku), do tego puste. Kłopot z tym, że często nie ma wyboru i trzeba posuwać szutrem, bo asfaltu nie dorobiło się wiele dróg "dwucyfrowych" - kawałkami RN40, andyjskie fragmenty drogi z La Sereny do Flores. Nawet Panamericana daleko na południu to (podobno, wg spotkanej Szwajcarki) kamienisty koszmar. Szutr bywa całkiem znośny, bywa straszny. Problemem jest typowa tarka na środku drogi, albo piach na gładszych przegach. Ale na fragmentach gdzie my jechaliśmy, jazda na szosowym rowerze z oponami 622x28 była właściwie zawsze wykonalna. Nie zdarzyło mi się pchać roweru.
Długość Chile powoduje, że na wielu fragmentach Panamericana jest jedyną szosą którą można ruszać się na osi północ południe (czyli w ogóle jedyną dostępną drogą). To autostrada, ale nie ma z tym problemów, nikt się nie czepia. Chile jest ciężkim krajem do jazdy na rowerze z powodu pofałdowania powierzchni. Wielkie przewyższenia dzienne idą "na darmo".
Kierowcy znacznie lepsi dla rowerzystów niż w Polsce czy Anglii. Przykładem może być panamericana - na naszym odcinku formalnie autostrada, z bardzo chropowatym asfaltem na poboczu. Ale kierowcy ciężarówek nawet nie trąbną, tylko zjeżdżają na drugi pas mijając rowerzyste który woli jechać skrajem gładkiej autostrady. Jedyne do czego można się przyczepić to niezwalnianie na szutrowych drogach i przegryzanie pyłu przez następną minutę. No, ale drogi (w tym argentyńska RN40 na naszym kawałku) są najczęściej puste, więc i to zwiększa przyjemność jazdy. Często zdarzało się nam godzinami walić całą szerokością drogi o rozmiarach szosy krakowskiej.
W Argentynie mięso, w Chile owoce morza. Niezbyt powalające, za to dużo i tanio. Wino spożywa się w ogromnych ilościach, bo dobre i tanie.
Jest raczej dobrze (lepiej w Chile niż w Argentynie), ale to kraje miejscami kiepsko zaludnione, tak więc bez wożenia 3l wody czasami raczej się nie obejdzie.
Są na tyle gęsto na ile ogólna gęstość zaludnienia pozwala. Właściciele zachęcają często do wprowadzania roweru do pokojów - bardzo miło, ręczniki, ciepła woda, mydło prawie w każdym.
Argentyna bardzo tania: hotel 15 peso (20zł), wino 2-10 peso, piwo 2, bilet na 7-godzinny transandyjski autobus Mendosa-Viña del Mar 39 peso. Uwaga na oznaczenia cen: peso to "$". Przed kryzysem US$ i $ kosztowały tyle samo, teraz, szczególnie na lotnisku w Buenos można zgłupieć.
Chile nieco droższe.