Zostaliśmy dowiezieni do pięknej Rep. Hrvatskiej przez moich rodziców (też Szczurkowie). Zwiedziliśmy Jeziora Plitwckie i zostaliśmy dowiezieni przy pomoc poloneza rocznik 1995 (to jest niedobry rocznik) do morza do miejscowości Trogir i tam zaczęła się nasza odyseja bez mała.
Ruszyliśmy z półwyspu koło Trogira w stronę wyżej już
przywołanego Trogira było koło 5 km. Włodek zapakował się w takie znienawidzone
sakwy takie zielone (vide Dunaj i Budapeszt) i po 2 km wszystko podskoczyło
zrobiło łubudu (jeśli wiecie o co mi chodzi) i sakwy Włodka (czyli moje a w
zasadzie Mateusza czyli te zielone) wraz ze śpiworem i błotnikiem wkręciły się w
szprychy. Włodek nie miał błotnika i lampki tylnej. Obaj pomyśleliśmy „no jak
tak się zaczyna to później może być już qrwa tylko lepiej”. Jakoś to
poskładaliśmy i ruszyliśmy w niebezpieczną drogę przeznaczenia bez tylnej
lampki. Mykneliśmy wybrzeżem do Splitu i zaokrętowaliśmy się na prom na wyspę
Brač. Zrobiliśmy tradycyjne piwo po wylądowaniu ruszyliśmy do góry (jakieś
700 m npm Dymaliśmy dzielnie strasznie nam się dobrze wjeżdżało, a nie było
bezpiecznie, przynajmniej dla
samochodów. Jak znaleźliśmy się na szczycie, ale nie mogliśmy znaleźć samego
punktu widokowego co by obejrzeć najładniejszy widok w całej Hrvatskiej. Teraz
trzeba było zjechać te 700m do Bola żeby udać się na spoczynek nocny. Wybraliśmy alternative road. Po wielu trudach na kamieniach
spotkaliśmy leśniczego w Ladzie Samarze, który powiedział, że nie warto w dół bo
mnóstwo serpentyn (następnego dnia widzieliśmy to z morza i faktycznie nie warto
było). Wróciliśmy na asfalt, ale było już ciemno i jechaliśmy płaskowyżem w
świetle księżyca jak Clint Eastwood i John Wayne. No i zaczął się zjazd, jeden z
fajniejszych w życiu strasznie stromy, gładka droga, nasz światła, księżyc,
burza nad Adriatykiem z drugiej strony. Jak za Franciszka Józefa. Wjechaliśmy do
miasta, burzę przesiedzieliśmy w restaurant i po wypiciu kilku piw poszliśmy
szukać spania. Włodek, wytrawny spacz na dziczkę, wynalazł jakieś eleganckie
drzewko na plaży, które dało cudowne schronienie. Zasnęliśmy mimo, że jakaś
rozpasana młodzież urządzała sobie libację.
To nie był trudny dzień. Poplażowaliśmy na najsławniejszej plaży w Hrwatskiej – taki bolec wchodzący w Adriatyk, wsiedliśmy na statek rybacki, który dowiózł nas do Staregu Grad na Hvarze. Tam ulokowaliśmy się w bungalovie, w którym wakacje spędzali moi rodzice.
Nie przypominam sobie, żebyśmy coś robili. Przypuszczam, że jakaś plaża, a wieczorem dużo wina w takiej fajnej winiarni.
Zrobiliśmy wycieczkę krajoznawczą po Hvarze. Z ciekawszych
rzeczy to pojechaliśmy na druga stronę wyspy takim wąskim nieoświetlonym
tunelem na 2km. Druga strona wyspy bardzo fajna – mała miejscowość prawie pusta.
Hvar wewnątrz bardzo ciekawy, duże góry, ładnie.
Zaczeliśmy szybkim climbem ze Starego Gradu do Hvaru, było ok,
tylko nie trafiliśmy na starą čestę, która jest dużo stromsza, ale i ładniejsza.
Obejrzeliśmy Hvar – super miasteczko i chcieliśmy kupić bilety na wodolot do
Veli Luki. Niestety pani main cashier odmówiła współpracy, że niby rowera niet
na wodolota i żeby gadać z captainem. Po 4h i 2 piwach na słońcu udaliśmy się do
captain, który się spieszył bo zaokrętował tylko na 5min. Najpierw powiedział ok
– i to związało mu ręce. Zapytał o bilety za nas, a ponieważ nie mieliśmy, wziął
od nas za nas i rowery tyle co byśmy zapłacili za jedną osobę u Ms Main Cashier.
Z radości, że tak zaoszczędziliśmy wypiliśmy piwo na pokładzie. Z Veli Luki
ruszyliśmy prosto do Korčuli. Znowu droga „adriatycka” – pełno gór, winoroślie,
drzewa oliwne, sosny karłowate, strome zbocza do morza. Zrobiliśmy tak jakieś
45km i wjechaliśmy do Korčuli o zmroku prosto w objęcia degustacji wina i
megaimpre w porcie. No i jakoś wieczór się potoczył. Rozłożyliśmy się na
cempingu. Nie rozkładając tropiku w namiocie inwalidzie bo taka ładna
pogoda...
Obudziliśmy się w strugach deszczu. Namiot-inwalida (co do
opisu tego współbohatera wielu imprez vide – Austro-Węgry) po raz kolejny dał
się zaskoczyć. Nie spisał się. Zwineliśmy się, kupiliśmy bilety na prom do
Dubrovnika (w dalekobieżnych promach rowery gratis - surprise) i poszliśmy
oglądać miasto. A trzeba wiedzieć, że w Korčuli urodził się Marco Polo, w
związku z tym jest to MarcoPoloCity. Obejrzeliśmy jego dom rodzinny, stare
miasto i katedrę pod wezwaniem..... naturalnie św. Marka. Miasto do polecenia.
Potem prom – jakoś tak zimno na nim, więc wypiliśmy piwo. Z Dubrovnika
ruszyliśmy od razu na południe, bo w naszych głowach narodził się pomysł
ujrzenia CzrnejHory czy jak tam ją nazywają we wszystkich językach świata.
Dojechaliśmy do Cevtatu, gdzie żadnego cempingu, na dziczkę się nie da, więc
wykosztowaliśmy się na kwaterę za jakieś 80kunów (40pln) pro person. Jedząc
zupki dowiedzieliśmy się jak Polacy pożegnali się z eliminacjami MŚ – 1:4 z
Białorusią – Zuch chłopaki, jak wejdziemy do unii to nie będziemy jak
Białoruś.
Zerwaliśmy się rana i pojechaliśmy szybciutko do granicy –
zupełnie pusto, prawie bez samochodów. Po drodze zjedliśmy śniadanie pod sklepem
i kupiliśmy zapas przepysznego salami. To była nasza rezerwa i przysmak. Bez
żadnych ciekawszych wydarzeń znaleźliśmy się na granicy 2 bratnich państw
słowiańskich. Jak się zobaczy widok to nie można nie wjechać.
Ale Rep. Serbii i Czarnogóry to bardzo turist-friendly country – najpierw trzeba
przejechać przez kałużą, w celu DEZYNFEKCJI (pamiętajmy, że w tym czasie szaleje
w Europie pryszczyca, a żaden kraj nie chce wpuszczać pryszczatych samochodów),
za co pan w białym kitlu pobiera 2 DM. Potem okazuje się, że zielona karta nie
działa na Fed. Jugosłowiańską, więc trzeba kupić nową. Ogólnie co drugi turysta
mówi – zu viel i zawraca (ale za DEZYNFEKCJĘ płaci).
My wjeżdżamy kozacy – nie musimy przechodzić dezynfekcji, ale kupujemy na wszelki wypadek flaszkę wódki, bo może w przyjacielskim kraju trzeba będzie się dezynfekować wewnętrznie. Jedziemy przez tę Czarnogórę, bardzo ładnie, tylko co jakiś czas śmieci i śmierdzi. Przejeżdżamy przez jakiś kurort, który wygląda jak nasza Ustka AD 1989. Dowiadujemy się, że nie ma co wymieniać DM, bo tam się takimi płaci (aktualnie Euro). Celujemy do największego kurortu Budvy. Główne drogi straszne – pełno tirów macedońskich, które podjeżdżają tak blisko jakby chciały sprawdzić czy mamy oryginalne adidasy. Za to droga deptakiem na morzem – jakieś 20 km – jedna z przyjemniejszych ever. Niestety omijamy zatokę Kotorską i płyniemy promem do Lepetani (prom płynie z 5 minut, pełno na nim żołnierzy). Pizza po drodze okazuje się nie być taka tania, ale znośna. Przed Budvą trzeba było wjechać na skałę, która nas zaskoczył i zmęczyła, za to w Budvie – wybieg. Tam bawi się mafia serbska, ukraińska, rosyjska, białoruska, albańska itd itp. W informacji poligloci władają językiem serbskim i albańskim. Na deptaku pełno barów – wieczorem musi być niezła impreza, starówka porównywalna z Dubrovnikiem. Miasto gitowe – tylko jakoś nie wzbudza zaufania. Zniechęceni poszukiwaniem hostelu czy jakiegoś taniego hotelu postanowiliśmy wspiąć się z powrotem na skałę, bo za nią był przecudowny kemping. Wspięliśmy się z powrotem i zjechaliśmy do kempingu. Tam padł na nas strach. Na wielkim placu były rozbite 2 namioty i 2 przyczepy. Nie wiedzieliśmy z kim gadać, więc użyłem mojego zasobu słów niemieckich i porozmawiałem z dziadkiem, co miał samochód na hamburskich numerach (oczywiście emigrant). On nam powiedział, żeby iść do Tomo. Poszliśmy do Tomo, a to był człowiek, co ma taki wzrok, co to się spotyka raz w życiu – „zabiję Ciebie jak mnie tylko dasz okazję”. W geście desperacji powierzyliśmy mu rowery, co by zamknął go w swojej komóreczce. I tu przydała się nasza wódka. Ona i niezawodny namiot-inwalida zapewniły nam spokojny sen (jeśli nie liczyć strasznych, wygłodniałych psów, które szalały w nocy. Co one żarły, przecież wszystko schowaliśmy...
Spójrzmy sobie prawdzie w oczy – psy zeżarły nam salami. No to zostawiamy ten piękny kraj. Zjedliśmy suchy chleb (no może z gulaszem angielskim). W czynności tej przeszkodził nam troszkie atak krów, ale Włodek niczym rasowy Hiszpan poradził sobie z nimi; wykąpaliśmy się i poleżeliśmy na piaszczystej plaży i ruszyliśmy do Hrvatskiej tą samą drogą (bo kempingkeeper łaskawie wydał nam rowery). Jechało się ok, trochę pewniej, bo przyzwyczailiśmy się do szalonych tirowców macedońskich. Zatrzymaliśmy się za Zatoką Kotorską na obiad i to był chiba najprzyjemniejszy posiłek wyjazdu. Poprosiliśmy o kartę, kielner karty nie miał i wymienił, co dzisiaj jest. Wzięli my wszystko – gulasz, coś jeszcze, naleśniki z czekoladą i piwo. Było pyszne, a poza tym mam przeczucie, że był to taki mini dom wczasowy. Wszyscy pensjonariusze oraz kielner nastawieni byli do nas bardzo przyjaźnie. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Na granicy zaopatrzyliśmy się w najtańszy dostępny bourbon: New Heaven i pomknęliśmy w stronę Dubrownika. Po przekroczeniu granicy osiągnęliśmy zawrotne tempo i utrzymaliśmy je. Stanęliśmy planowo na małym kempingu, kąpiel, kolacja i lulu.
To już były wakacje pełną gębą. Plażowanie, kąpiel, oglądanie zniszczeń wojennych i w okolicach 14 pokonaliśmy nieludzki dystans 15 km do Dubrownika (ale była wielka góra). W Dubrowniku postanowiliśmy nocować w schronisku i to był dobry wybór. Pełno ciekawych ludzi – Irlandczycy, Amerykanie, Francuzi (jeden po wypiciu więcej niż jednego prošku – taki napój pomiędzy naszym miodem i słodkim winem – oznajmiał każdej napotkanej osobie – z powtórzeniami: in FRance, wE don’t have Red sweEt wine). Cały hostel zajmował się głównie zabawą. Irlandczycy opracowali patent na zamknięte drzwi od 24 – na pierwszym piętrze jedna z nich zostawiała otwarte okno, ktoś się wspinał, brał kluczyk z recepcji i wpuszczał innych. Raz Irlandczycy zawiedli (tak, tak nawet oni) i Włodek musiał się wspiąć po piorunochronie na 3 piętro.
Miasto oczywiście super. Sama starówka dawno odbudowana, trochę postrzelane pałace w centrum – 16., 17. wiek, gorzej z przedmieściami, ale szybko się odbudują. Polecam wszystkim piątek wieczór i ulicę bana Jelačica. Wieczorem ulica przestaje być ulicą, a staje się jedną wielką baro-dyskoteką. Plażowanie w mieście nie jest najlepsze, ale znośne. Warto odwiedzić dalsze dzielnice i obejrzeć nowy wielki most podwieszony nad zatoką.
Popłynęliśmy promem długodystansowym do Rijeki, żeby następnego dnia przejechać do Portorož, gdzie byli moi rodzice z samochodem. Łatwo określić datę, bo jak przepływaliśmy koło Hvaru dowiedzieliśmy się o ataku na WTC. Wyskoczyliśmy na godzinkę w Splicie. To miasto też jest warte zachodu. W nocy była mega- burza i musieliśmy uciec z pokładu spać na korytarz, chociaż pioruny zapierały dech w piersiach.
Wysiedliśmy z promu – źle zimno i smutno. Śniadanie w Rijece w jakimś mini parku i ruszyliśmy. Trochę pobłądziliśmy, trochę musieliśmy jechać główną drogą, ale w końcu zjechaliśmy w boczne i u nasady Istrii szukaliśmy przejścia granicznego. Góry na Istrii są na rower idealne. Wąsko, ale równo i zupełnie pusto. Po wielu zmaganiach i pizzy opuściliśmy Hrvatską i wjechaliśmy do Słowenii, a tam na rowerze też super, bo kierowcy przyzwyczajeni do rowerzystów i uważają. Bardzo zmęczeni (długa droga) dojechaliśmy do Kopru i ... zgubiliśmy się. To nas dobiło, wykonaliśmy telefon do przyjaciela i przyjechał wóz techniczny w postaci poloneza i zabrał nas... a było tak blisko.. Ale w końcu najbardziej denerwuje mnie niepotrzebna brawura. Nocleg w bezpiecznym kurorcie.
No to już są wakacje sensu stricto – bez bagaży, zwiedzanie miast i miasteczek zabytkowych, rewelacja. Bardzo polecamy Piran – przemiłe miasteczko. Triest też fajny tylko portowy.
Potem udaliśmy się srebrną strzałą (polonezem) do Warszawy. Poldi znowu się
sprawdził.