Do domu • Zdjęcia

Bułgaria, Grecja, Albania, Czarnogóra, Chorwacja, sierpień 2003

Kolor tej jest szary, bo to Michał napisał najwięcej, ale autorów (podobnie jak obecnych na wyprawie) jest trzech. Tekst czarny jest Michała, zielony Stasia, a hmm, no taki fioletowawy Włodka Sidorczuka.

23 sierpnia

Malev jak zwykle przyjął rowery bez problemu i z lotniska międzynarodowego Okęcie im. Frydka Chopina trafiliśmy do Budapesztu. Po drobnym zawahaniu postanowiliśmy oczekiwać na połączenie z Sofią pijąc piwo i konsumując gulasz w lotniskowej knajpie. Od czasu do czasu Staś przeciskał się między stolikiem a kwiatkiem w alkoholowym pędzie do piwa. Z obowiązku kronikarskiego: wypił z dziesięć piw i ogołocił z liści kwiatek lotniskowy.

W Sofii rowery i bagaże przyszły w komplecie. Staś namawiał, żeby nie brać pompek, bo jego jest najlepsza. Napompowała 3 koła na 6 i odmówiła dalszej współpracy. W trakcie pompowania powietrze uchodziło w stałym tempie, więc zwiększenie szybkości pompowania dawało przejściowo pozytywne efekty. Stasio pił piwo za piwem a ja z Włodkiem pompowaliśmy bez wytchnienia jego koła. W końcu wysłaliśmy Stasia z kołami do miasta celem napompowania co nieudolnie wykonał.

Następnie udaliśmy się do aglomeracji w poszukiwaniu lokalu mieszkalnego w tempie umiarkowanym. Dotarliśmy azaliż do jakiegoś budynku o urodzie kamienic na Próżnej po częściowym wyburzeniu. Włodek wdał się w dyskusję z rosyjskojęzycznym Bułgarem oferującym nocleg w piwnicy – ponieważ wymagał karencji kilku godzin, a pompowanie nas zmęczyło wybraliśmy co innego.

Staś miał wątpliwości do sytuacji ogólnej, ponieważ nie miał okularów. Włodek udzielił mu rady bezcennej:

„Generalnie napieraj, jak coś będzie nie tak, to Ci powiemy...”

Wieczorkiem ruszyliśmy na spotkanie z moim (MSZ) znajomym z lokalnego funduszu emerytalnego – Nikolayem Stoykowem. Nick charakteryzuje się następującymi cechami:

Poszliśmy na kręgle umiejscowione koło basenu chronionego przez pięć ratowniczek, które się uśmiechały. Potem obejrzeliśmy fragment Indiana Jones II na telewizorze barowym z pieśnią na ustach ruszyliśmy na Witosche na kolację. Widoczek na Sofię był extra, i w ogóle git. Potem chodziliśmy po jakiś barach itp...

Coś cholera te daty mi się nie zgadzają, ale luz...

W każdym razie pierwszy dzień był łatwy – ok. 70 km, w miarę płasko. Bardzo ładny odcinek do Smokowca (znaczy Samokova) – bazy wypadowej w góry. Jeden postój w lokalu „Zlatna Rybka” czy jakoś (była tam mapa, na której Bułgaria obejmowała pół Europy i ćwierć Azji), a następnie w jakimś disco-bulgaro nad jeziorem. Etap bez zwycięzców – taki prolog. W Samokove nocowaliśmy hotelu XXXXX i tam w oko nam wpadła bardzo sympatyczna i porządna córka właścicielki. Na obiedzie, chyba zrobiliśmy bardzo dobre wrażenie, bo pokazały nam wspaniałą drogę przez góry, dzięki której oszczędzaliśmy dużo drogi i czasu! Dostaliśmy szczegółowe instrukcje kolejnych etapów i poszliśmy spać szczęśliwi.

24 sierpnia

To bełkotliwa relacja za pomocą SMSów:

10:32:33 - 90na pld od sofii. W górach w dolinie pod Musala (2950mnpm.). Jest gitowo

13:49:06 - 500m podjazdu do [...], policja kazała zawracać bo ekologicka zona

22:12:53 - Hardcore, skończyliśmy, jesteśmy na 1960, przewyższenia 2860, 115km. Czekamy na [...] z recepcji

info z następnego dnia: To najpierw Samokow na płd, w stronę gór, 550m w pionie up, zawróciła nas policja, więc z powrotem przez Borowiec, Kostenec i w górę...

A naprawdę to było tak:

W nastrojach niezwykle pozytywnych ruszyliśmy w piękne góry żegnając czule Karolinę (a może Katarinę – pamiętam, że na K). Podjazd mijał spokojnie, 550m w górę. Minęliśmy jakiś symboliczny szlaban i leśnika. Dojechaliśmy do jakiejś bazy czegoś z dwoma zrujnowanymi blokami (Błok 1 i Błok 2). Na słoneczku, przy stoliku siedziała grupa funkcjonariuszy w strojach służbowych w mniejszym lub większym rozkładzie konsumując:

Ponieważ poczucie obowiązku nie było im obce o tej godzinie (11:00) zostaliśmy zatrzymani celem wyjaśnienia sytuacji. Spytałem czy możemy jechać dalej i w odpowiedzi uzyskałem potakujące kiwnięcie głową. Jednocześnie usłyszałem „ne”. Zadumałem się nad tym dysonansem poznawczym i postanowiłem dokonać syntezy sprzeczności łykając hardego koniaku (znaczy się koniak Hardy) i przypalając papierosa „Slim”, o którym słodka Karolina (czy Katarina) powiedziała, że są damskie. Synteza doprowadziła do antytezy ponieważ u Bułgarów kiwnięcie głową oznacza zaprzeczenie. Propozycje łapówkarskie poprzedziliśmy wymianą napitków i myśli. Niestety, zarówno w towarzystwie jak i na przechadzce funkcjonariusz okazał się nieprzekupny (było jeszcze dużo rakiji). Powodem bezwzględnego zakazu była ekologicka zona (wodonośna) co wydało nam się marnym wykrętem. Faktem było, że nie dało się zrobić nic. Dziwka Karolina i jej matka...

Ruszyliśmy w dół (550m spłynęło jak w klozecie). Ponieważ jakość naszej mapy pozostawiała dużo do życzenia fotografowaliśmy mapy przydrożne i analizowaliśmy na ekraniku aparatu cyfrowego. Mijany po drodze na dół leśnik potwierdził istnienie zony i zauważył, że czerpaną tam wódę w Sofii piją.

Mieliśmy do wyboru objazd krótki (przez granie, górskimi ścieżkami) albo dłuższy, ale wygodniejszy. Wybraliśmy dłuższy stawiając sobie za cel jezioro Beleken ok. 50km w bok. Po zjeździe czekał nas podjazd do Borowca (10km od punktu startu, a pół dnia jak w klozecie...). Tam przyszedł kryzys. Z dumą stwierdzam, że tę premię górską wygrałem zdecydowanie, a slim smakował doskonale na szczycie. W Borowcu postanowiliśmy się posilić. Ponieważ Włodek nakazał przylepienie nalepek PL (Warta) Bułgarzy traktowali nas przyjaźnie, wykrzykując na nasz widok „Drużyna Polska”. W tym okresie zaczęło krystalizować się nasze bułgarskie menu:

Z Borowca (swoją drogą narty można tam spróbować) był długi i szybki zjazd na wschód, potem ok. 20km płaskich, a potem czekał nas podjazd do jeziora na południe. U stóp podjazdu stanęliśmy już dość późno. Był to podjazd wyjazdu chyba. Chyba ponad 1600m jednym ciągiem. Na wysokości 1600-1700, kiedy zaczęło się robić ciemno myśleliśmy o biwaku. Ponieważ sądziliśmy, że jezioro musi być znacznie niżej jechaliśmy dalej. Było coraz ciemniej, woda się kończyła, zimno dokuczało, ale droga prowadziła ciągle w górę. Stasio klął, Włodek wykorzystywał każdy dżul energii nie mówiąc nic i nie wykonując zbędnych ruchów. Ja dodawałem nadziei logicznymi (bo logika to moja mocna strona) argumentami – „przecież patrząc na odległości i poziomice nie może być wyżej niż 1750!”. Na wysokości 2000 zamilkłem. Na szczęście potem był już zjazd w dół. Po wywiadzie przy tamie postanowiliśmy przejechać jeszcze „tylko 5 kilometrów” (naprawdę 12) by trafić do ośrodka sportowego dalej przy jeziorze. Sobie muszę przyznać zwycięstwo etapowe. Ośrodek sprawiał wrażenie wymarłego, ochroniarze powiedzieli, że ktoś przyjdzie do recepcji. Towarzysze wyczynu oczekiwali w rezygnacji, ja poszedłem na rekonesans w głąb ponurej, komunistycznej świątyni sportu nawiedzanej przez duchy podstarzałych ciężarowców o zdegenerowanych, powykrzywianych kończynach i zamęczonych nieludzkim treningiem gimnastyczek o twarzach staruszek i figurach 9-letnich dziewczynek. Trafiłem do baru i oczom mym ukazał się widok 30 młodych, gibkich, wysokich, śniadych, uśmiechniętych piękności patrzących podejrzliwie na moją zapoconą i zgarbioną postać przestraszonego szczurka, żebrzącego o 3 piwa. Muzyka grała, tańce i zabawa...

Na Włodku zrobiło to dużo lepsze wrażenie niż na Stasiu, który zasnął w zasadzie od razu. Po toalecie w bardzo OK. pokoju dokonaliśmy przeglądu (jak się okazało) kadry biathlonistek. Sport ten jest skorelowany z:

Powracając w dobrym nastroju usłyszeliśmy Stasia mówiącego przez sen:

„LUSZ, JEDNO PIWO”

co jak zrozumieliśmy było węgierską formą wyrażenia „luz, jedno piwo” bo jak wiadomo Węgrzy mówią np. „Szalon Szony”.

25 sierpnia

Tako rzecze SMSzustra:

20:55:03 - Bansko, od Sofii 272, jutro Melnik, ok. 120, do dziś 4200 przewyższenia, wczoraj Beleken w ośrodku dla biathlonistek, piękne nogi majom, lusz, jedno piwo

Śniadanie było bardzo OK., ale mieszane uczucia mieliśmy co do „kontynuowania dalej”... Biathlonistki były zabójcze, zmęczenie po hardcorowym etapie poważne i w ogóle... Ale postanowiliśmy jechać. Po drodze mijaliśmy trasy dla biathlonistek dookoła jeziora. W ogóle jezioro to jest na wysokości ok. 1900 i chyba nie wynika z rzeki żadnej tylko tak po prostu jest. Miejsce w każdym razie super. Biathlonistki też, szczególnie taka jedna mistrzyni to był po prostu karabinek szybkostrzelny...

Zjazd na południe do doliny był bardzo przyjemny. Po drodze minęliśmy silną grupę bab jagodo-zbieraczek...

W trakcie etapu jednak nasza ambicja słabła. W końcu dotarliśmy do Bansko – czyli kolejnego kurortu narciarskiego. Bardzo turystyczne, ale zarazem stylowe i przyjemne miasteczko (takie trochę Zakopane). Bardzo miły hotelik znaleźliśmy z fajnym dziedzińcem i dobrze nam tam było ogólnie.

26 sierpnia

15:35:24 - Z Bańsko wjechaliśmy na razie na przełęcz Pirin, teraz do Melnika, pewnie jeszcze z 50, to dziś będzie ok 120. Spotkaliśmy Niemca na bike, jedzie do Tybetu

19:47:34 - Melnik, przy granicy greckiej, 115km, 1600 pod górę.

Etap solidny: po kilkudziesięciu kilometrach łagodnego zjazdu przełącz Pirin nas czekała. Nabraliśmy sił w mieście Gocze Delczev (Dolce Gabana dla ułatwienia) i w górę. Po drodze spotkaliśmy Niemca „Weltschmerca” na trasie. Miał fajny rower, z taką dziwną przerzutką w piaście (biegi 1-14, żadnych komplikacji, podobno 70 tys. Km wytrzymuje), Brooks (I love my Brooks), straszną ilością bidonów i sakw. Ortlieby są do niczego bo w tropikach się pocą, bidony potrzebne na pustynie, pedały do butów i na bosaka, itp. Gdzie jedzie – do Tybetu, a którędy – Turcja, Irak (!), Iran, Afganistan (bardzo chce)... Ile ma czasu – 9 lat. Chwalił bardzo Kosowo – jak się jest Niemcem, to wszyscy goszczą za darmo i w ogóle luz...

Na koniec spytał nas „Do you have a car in Poland? Do you have wife?. Stasio odpowiedział taktycznie “Sort of…”. Na co Weltschmerc mówi „I have nothing. This (rower) is all I’ve got”. Pożegnaliśmy go z szacunkiem.

Skromnie powiem, że przełęcz wygrałem.

Zjazd był chyba najfajniejszy. Bardzo pusto, poza jednym, krótkim odcinkiem, nachylenie na 50-55 km/h, widoki super. Włodek złapał gumę, szczęśliwie zauważył, bo przed naprawdę ostrymi serpentynami.

Kilkanaście km przed Melnikiem czekaliśmy aż przelotny deszcz przeleci i dosiedli się do nas motobikersi z Niemiec (czy tam Austrii) i Holandii. Stare pedały ogólnie – coś pieprzyli, że Papież powinien zrezygnować i że w Polsce nie można wjechać motorem na rynek. Zeutanazjować ich trzeba, jedyny pożytek, że mapę im sfotografowaliśmy i skrót do Melnika się trafił. Finisz przy Melniku wygrał Staś – ale to było takie płaskie nic.

Melnik to (jak mówił Weltschmerz) „tourist place”, ale bardzo miłe. Włodek słusznie doszedł do wniosku, że nasze wieczorne biesiady skutkują zejściem i po tem nic już nie chce się robić.

27 sierpnia

20:12:30 - Zmiana planu, do morza kcięliśmy, Saloniki, 145km, 1200m gór

To już koniec Bułgarii – bardzo to było miłe doświadczenie, polecać trzeba. Jest naprawdę w miarę tanio – nocleg to 6-10 euro od osoby, jedzenie i napitki naprawdę dobre i value for price, ludzie mili dla Polaków, drogi i kierowcy dla rowerów.

Na granicy Staś jeszcze gumę złapał, celnik porównywał mój zegarek ze swoim twierdząc, że mój to podróba, no i byliśmy w Grecji. Tam zapadła nieprzemyślana decyzja (ja głosowałem za), żeby jechać nad morze, czyli do Thesalonik. Odcinek był długi, miał duży podjazd w środku (Staś lepszy) i krótki przy mieście (Staś lepszy na finiszu). Grecja przywitała nas przyjaźnie na stacji benzynowej na szczycie podjazdu. Gruby ajent odgonił nas od kibla nakazując skorzystać z restauracji – inaczej kibel nie przysługuje. No to zaczęliśmy kupować towary tak, by po każdy musiał pofatygować się osobno, a ajent w tym czasookresie wykrzykiwał i złorzeczył. To było zaprawdę paradne. Potem w kartonowym opakowaniu soczku oderwał się lejek więc poszliśmy ze Stasiem wymienić. Ajent był w takim szoku, że wymienił bez słowa ale jak już wychodziliśmy znów się wzbudził. Fajnie, że jesteśmy w UE. W Thesalonikach zrobiliśmy piwo i elegancki hotel znaleźliśmy (z wiatrakiem – patrz zdjęcia i z drabiną sięgającą okna – wciągnęliśmy profilaktycznie).

Miasto tętniło życiem, rycyny wypiliśmy dużo i w ogóle luz...

28 sierpnia

16:52:51 - Bohaterowie cykliczni pławiom się w morze po 70 płaskich kilometrach.

16:54:51 - Na płd od Salonik, pod Olimpem.

No, nie było tak łatwo. Wyjazd z Salonik i pierwsze 40km autostradą było ciężkie. Upał, autostrada, bez wody itp. W końcu dojechaliśmy do małych, ale pustych miejscowości nad morzem. Jedną z nich wybraliśmy, zakoczowaliśmy na miłym kempingu i czekaliśmy na aktywne życie nocne. Spotkał nas niejaki zawód. Spotkaliśmy 3 osoby (tyle razy minęliśmy człowieka na deptaku), ale istnieją uzasadnione podejrzenia, że była to jedna i ta sama osoba krążąca w kółko i do tego był to pop.

29 sierpnia

19:26:55 - Pod Olimpem stanęliśmy, Agios Dionisos czy coś, cały dzień na plaży, dziś tylko 50 ale 1000m przewyższenia

Po dniu na plaży faktycznie ruszyliśmy w kierunku Olimpu. Było miło, choć dość stromo, na szczęście w połowie podjazdu wzmocniliśmy się jakimś lokalnym miodowym ciastem. Zasadniczo Staś był najsilniejszy, ale nie było jakiś aktywnych wyścigów.

No to jesteśmy u dr Albana a było tak:

30 sierpnia - dzień w skwarze

10km prosta jakieś 6% non-stop pod górę, potem totalny skwar - zdjęcie pod kapliczka (zjadłem a nie zrzygałem się). nie wytrzymaliśmy heatu i 2h odpoczywaliśmy w cieniu. Udało nam się jeszcze zjechać 6km w dół złą droga, i kiedy desperacje i myśli samobójcze opanowały nas podwiózł nas z powrotem autokar.

Potem było prawie 30 km zjazdu doliną do głównej drogi Ateny - Igoumenitsa (125km, 1800m przewyższenia). Chcieliśmy w okolicy przenocować ale nic nie było i pojechaliśmy 15 km do Meteory (Kalampaka) gdzie był już Włodek (10 lat temu) i wiedział co i jak. noc na fajnym kempingu, niestety basen już geschlossen.

31 sierpnia

Nie jedziemy główną drogą 130km z przełęczą 1800mnpm tylko bierzemy autobus i tak walimy do Ioánniny - droga ładna - bardzo!! górska - widoki i podjazdy i zjazdy. z Ioánniny walimy 40 km jakieś 800m przewyższenia do Monodhéndrion (Włodek był 10 lat temu) nad wąwozem Vikos - zeszliśmy do połowy wąwozu, miasteczko przepiękne, zupełnie puste, książkę o życiu można by tam popełnić. wieczorem Retsina i lulu.

1 września

Walimy w Albana, na początek po super zjeździe okazuje się ze z hotelu zapomnieliśmy passu Michała - na szczęście kmieć dowozi w godzinkę. walimy w Albana - wmordewind ostry.

Granic zajmuje nam 1h i kosztuje 30€, na początku droga w Albanie super w górach psuje się, pełno dziur, momentami nie można jechać szybciej niż 10km/h. jedna górska premia i cały czas wmordewind. Kraj przypomina irańskie rubieże - wysuszone i góry, bez skal i strome, prawie bez osad za to mnóstwo bunkrów.

Przed 19 dojeżdżamy do Sarandē nad Adriatykiem - super kurort, pokój z widokiem na morze i kawałek palmy 10m od płazy. Ogólnie Europa i niezły kurort tylko co 1h w jakiejś części miasta nie ma prądu (na przykład przed chwila w trakcie pisania). no to tyle idziemy czekować tutejsze piwo i lulu bo jutro długi etap wzdłuż morza na płn. no i jeszcze sczekujemy czy tu nie ma jakiś biathlonistek...

Chyba jedyny kurort/reszort ;) turystyczny w całej Albanii, ale nie odbiega niczym, tj. Wieczorem pasaż nadmorski napełnia się spacerującymi „plażowiczami” o 23 nagle robi się pusto, wszyscy wychodzą z knajp, tarasy pustoszeją, pasaż się wyludnia... ciekawe czy jest tu godzina policyjna... tego nie dowiadujemy się nigdy...

Bunkry, cały czas te cholerne bunkry...

Drogi fatalne jak po trzęsieniach ziemi, praktycznie nie da się jechać szybciej niż 30km/h. Staś oczywiście urywa lampę tylną – rower na wertepach za bardzo rezonuje

2 września

Albania, jedziemy z Sarandē wybrzeżem na północ. Adriatyk i góry super, lepsze niż Chorwacja. Ludzi mało, turystów w ogóle. Tylko droga fatalna, zjazdy na hamulcach, tak, ze z Vlore na północ zrobimy busem - płasko tam i nudno. Na jednym zdjęciu baza łodzi podwodnych.

Super spaghetti, dajemy sobie rade z 5 talerzami! Bo kucharz podobno był we Włoszech... i chyba rzeczywiście

3 września

Podjazd na 1027 z poziomu morza. Staś wygrał o 2 długości roweru.

Taxi do granicy: Szofer niewiele gada, ale jak słyszymy strzały odzywa się: „kałasz”

Mission Montenegro

Tu dopiero jest dobrze ;) Wjeżdżamy do Podgoricy, po kwadransie jazdy – bardzo niebezpiecznej bo ile to można się rozglądać tutaj... Michał stwierdza że wreszcie zobaczył jedną brzydką. Lepiej nie było nawet na Santa Monica Beach Boulevard...

Naszym nieocenionym przewodnikiem, nauczycielem i dobroczyńcą w Montenegro jest dr Przemysław Woźniak (laureat Nagrody Banku Handlowego w Warszawie SA). Dzięki niemu obejrzeliśmy kawał Czarnogóry (na żywo i na super zdjęciach). Budził nasz podziw biegłą znajomością języka i obyczajów (niestety nie ma co liczyć na jakieś akcje, te wszystkie [... ust. o konroli publikacji i wydawnict z dnia 45/34/1845r] chcą się żenić). Przemku – Dziękujemy!!!

Wyjazdzamy – ja /Wlodek/ co najmniej niechętnie

Dostajemy się na płaskowyż ok 1200m gdzie handlują tylko wędzoną szynką i wędzonym serem, idziemy do knajpy. Przychodzi para, na randkę, wszyscy wiemy co zamówią... ser i szynkę. Nasza oryginalność polega na winie... no może nie w stosunku do poprzednich wieczorów. Po dużej ilości...oczywiście szynki i sera Michał wygrywa premie górską, mi udaje się pierwszemu dojechać do celu przez tysiące serpentyn i zjazd nad samo morze do Kotor’u. Jak się potem okazuje /rano/ sprawdzając prędkościomierz pobiłem swój rekord prędkości /69/. W Kotorze sobotni wieczór, odnajdujemy miejsce gdzie wszyscy się schodzą i tam zostajemy – jest dobrze, potem jakiś heavy-metalowy bar i z powrotem

Nie wiem co to za dzień ale na następnym etapie do Dubrownika wygrałem premię górską na granicy i cały etap w Dubrowniku w pięknym stylu! (to mówiłem ja, misza szczórek, kolaż czeciej klasy junioruf starszych).