Dołączamy z
Agnieszką do wielkiej grupy która od dwóch tygodni jedzie na południe. Ulewa
straszliwa, na szczęście sandały nie trzymają wody w środku. Śniadanie w
schronisku młodzieżowym i wyjazd. Pogoda się poprawiła, droga faluje, ale
przyjemnie. Duży podjazd za Aksmanicami. Potem obiad za Arłamowem -
gigantyczny gar Yum-Yumów.
Gorące, ostre, nie da się jeść. Znów niezły podjazd, żadnych serpentyn, prosto w
górę.
Dalej zjeżdżamy drogą alternatywną, przez las, szeroka droga, wielkie kałuże, ale jedzie się bardzo sprawnie. Wreszcie znajome tereny, Wańkowa, i ostatni kawałek przed Łodyną. W piecu już się pali, kąpiel z wiadrem.

Kilka dni potem wyruszamy o świcie z Maćkiem Siciarkiem na WPB - prawdziwy polski klasyk kolarski. Wyposażenie bardzo szosowe - glany (1.5kg/but), zębate opony, jedna sakwa i chrzęszczący suport Maćka. Zaczynamy ambitnie, pogoda rano jeszcze dobra, ale widać, że będzie padało. Pierwszy postój od Ustrzyk Dolnych w Ustrzykach Górnych (50km i kilka górek!), po drodze rekord prędkości 65km/h mniej więcej w połowie drogi. Teraz to nie wydaje się tak dużo, ale na malucha starczyło.
Przerwa w Ustrzykach, kilka batonów i jazda w prawdziwe góry. Umawiamy się, że nie ma ścigania na przełęcze. Potem oczywiście nie w głowie nam ściganie, ale pierwsza idzie w miarę sprawnie. Potem zjazd do Wetliny i znów pod górę. Zaczyna padać trochę. Kolejna przełęcz. Na dojeździe do Cisnej pierwsze oznaki skurczów. Potem będzie znacznie gorzej.
Przerwa w barze w Cisnej (posprzątali po moich Dol-Drinkowych i Cil-Drinkowych ekscesach kilka lat wcześniej). Wyjazd na północ, znów pod górę, jakoś idzie. Ale pod Baligrodem, w ulewie, skurcze dopadają naprawdę ostre. Maciek oczywiście trzyma się super (tak to z mojej strony wygląda), ale ma za sobą całą drogę z Białegostoku.
Podjazd w Lesku ciężki, ale ostatni kawałek Lesko-Ustrzyki to już koszmar. Hipoglikemia, ćmy przed oczami, zero siły. Skurcze łapią też chyba Maćka. Zatrzymujemy się przy spożywczym za Uhercami. Drżącymi rękami pokazujemy na kolejne Snickersy i Marsy. Siadamy przy plastikowym stoliku, w radiu "Moja i twoja nadzieja" - powodziowa piosenka. "Nie spać, nie przypięliśmy rowerów...". Zrywamy głowy ze stolika po kilku minutach, jedziemy dalej, końcówka jest już łatwa. Pierogi ruskie w barze przy dworcu w Ustrzykach Dolnych i możemy już tryumfalnie wracać na Łodynę.
Idea tego etapu to przejazd bocznymi drogami z postojem na piwo w każdym napotkanym sklepie spożywczo-przemysłowym. Jedziemy w trójkę - Iza Rogala, Chomik i ja. Kawałek z Łodyny do Brzegów znamy na pamięć, potem piwko na rogu, chwilę na Krościenko i na pd-wschód boczną dróżką. Dwa postoje na piwko. Przebijamy się szutrem i przez strumień (tam długaśna przerwa na figle pod stopniem wodnym) na równoległą drogę na wschód. Znów dwa sklepikiki, Dalej Krościenko (na szczęście tylko jeden sklep na drodze), Liskowate (tu jeden sklep), Wojtkówka (uch-och, tam trzy, jeden za drugim), potem zakosami już w kierunku Wańkowej (następne dwa). Ciekawe, że Chomik zostaje z tyłu, co strasznie musi go deprymować - przed nim jeszcze kupno własnego roweru i wyczyny Harpaganowe. Dalej prosta (to znaczy miała być prosta, ale się jakoś wiła) droga na Łodynę, z króczioteczką rpzrerwo na piwuo w Dzwinoiaczu. Prysznic.
Czas do domu. Wyjazd z pełnym ekwipunkiem, leje deszcz. Na drogę dostaję rating AAA+ (Agnieszka, Alicja i Ania). Kawałek Ustrzyki-Lesko jest znacznie przyjemniejszy w tę stronę. Niby dużo podjazdów i zjazdów, ale jakoś w dobrą stronę netto chyba. No i wystarczająca ilość glukozy we krwi i mózgu też pomaga. Za mostem na Sanie a przed Zagórzem przyjemny podjazd i zjazd do miasta w niezłych humorach mimo syfu ogólnego. Lepiej się jeździ za partnerami z pełnymi błotnikami...