W zasadzie rower na Cyprze można by streścić następująco:
W piątek po południu wsiedliśmy w samolot w Warszawie. Zrobiliśmy piwo albo dwa. W Budapeszcie wysiedliśmy na kolację w restauracji Opera. Wypiliśmy palinkę (albo kilka), wino (albo kilka) i wsiedliśmy w samolot do Larnaki. W samolocie wypiliśmy kilka piw (albo kilkanaście). Obudziliśmy się w poniedziałek rano w Warszawie.
Byliśmy tam w składzie: M. Szczurek (32) i M. Szczurek (22)
Pogoda w lutym jest do wytrzymania (w dzień 16-20 stopni), choć w górach mogą zdarzyć się anomalie (grad nas złapał).
Drogi są różnej jakości, zwykle słabsze w głębi wyspy, lepsze wzdłuż wybrzeża. Z kolei ruch poza pasem przymorskim i autostradami jest bardzo słaby.
Kabanosów mieliśmy ze 2 kilo.
Jednak pozostały w nas jakieś mgliste wspomnienia i majaki. W samolocie z Budapesztu do Larnaki twardo zamawialiśmy "aszok" (i przerażenie) co jest znaną (nam) marką piwa węgierskiego. Kiedy wyszliśmy by ruszyć do boju ulegliśmy niejakiej dezorientacji i jakby w martwym punkcie utkwiliśmy. Była 3 w nocy, nie bardzo wiedzieliśmy co z sobą zrobić, więc taktycznie zrobiliśmy piwo. To dodało nam animuszu. Wynajęliśmy wielkiego czarnego mercedesa (przedłużany, dobrze się w nim spało) i z rowerami w rozsypce udaliśmy się na zachód (bo: 1.było za ciemno by jechać rowerem, 2.wiatr miał wiać z zachodu, 3. lepiej wracać na lotnisko niż się oddalać). Przejechaliśmy ok. 80-100km niedaleko Pafos, gdzie po trudnej wymianie zdań z szoferem co do miejsca wyładunku i ceny znaleźliśmy się o świcie (6 rano) na jakimś bezludnym skrzyżowaniu obok tajemniczej baby cypryjskiej (ta baba nie była istota ludzką), która stała i czekała na coś. Z trudem wielkim składaliśmy rowery, konstatując brak części mojego licznika. No i jakoś ruszyliśmy naprzód. Pierwszego odcinka nikt z nas nie pamięta w ogóle. Przejechaliśmy między 3 a 30 km na północny wschód w stronę gór Troodos. Potem była polanka, trawa i tam zalegliśmy na słoneczku by nadrobić deficyt snu. W środku fazy REM obudziło nas słońce i już raźno kontynuowaliśmy podróż na północny wschód w okolice góry Olimp (1951m). Jechało się trochę w górę, ale bez strasznych podjazdów. Rozsądnym popołudniem dojechaliśmy do turystycznego miasteczka (chyba Pano Platres, na wysokości 1100m). Po drodze "greckie" krajobrazy, spokojne i przyjemne. Miejsce było optymalne na koniec etapu, bo Stasiowi poszła dętka i już bardzo odpoczynek był potrzebny. Myślę, że ok. 60-80km zrobiliśmy tego dnia, no i netto w zasadzie z poziomu morza wjechaliśmy na to 1100npm.
Rano chwile kryzysu przeżyliśmy. Pogoda (dotychczas spokojnie wiosenna) przeobraziła się w jakiś koszmar wiatru i chmur. Wkrótce o balkon zaczął stukać grad. Ale dzielnie kontynuowaliśmy przygotowania (śniadanie, piwo) i jakoś delikatnie się rozpogadzać zaczęło. Melancholia i załamanie ustąpiło umiarkowanemu optymizmowi, który skutecznie wzmagała świadomość, że jesteśmy na 1100npm, a nasz cel Larnaka nie może być wyżej niż 50npm. Na początku trasy droga była mokra i chmury hulały, ale z czasem wychodziło słońce, a na końcu już nieźle grzało. Jechaliśmy do Arakapas (na wschód), przez tereny gdzie silna była ultragrecka partyzantka. Ludzie chodzili w pseudowojskowych strojach i dużo jakiś patriotycznych flag można było zaobserwować. Trochę na skróty się przedzieraliśmy, więc trafiliśmy na budowę drogi, cudem unikając wysadzenia w powietrze. Przy sklepie skonsumowaliśmy kabanosy zagryzając szklanką miejscowego chleba i tradycyjną kromką piwa. Potem jechaliśmy bardziej na południe, aż do Moni i Zygi nad morzem (gdzie solidną porcję seafoodu zaliczyliśmy). Mimo, że ostatni odcinek miał ok. 30km (a może 40, licznika nie było cholera), to mieliśmy tak fajny tylny wiatr, że przed zmrokiem byliśmy w Larnace. Hotel wzięliśmy, mimo iż samolot ok. 4 rano odlatywał. tego dnia pewnie ok. 100km zrobiliśmy, głównie w dół, choć jakieś podjazdy się zdarzały.