Do domu • Zdjęcia

Genewa, wrzesień 1998

Genève- le Coin - Mont Salève (1307m) - les 13 Arbres – Genève

Mapa (c) Michelin

Około 40km, 900m przewyższenia, 13% przez prawie 10km.

Szybki popołudniowy wyskok na górkę i z powrotem. Wyjazd z Genewy w stronę francuską, cały czas pod górę, zaraz za granicą zdradzieckie wężowe sploty autostrad. Masyw Mont Salève widać z całej Genewy – taka płaska góra, równoległa do jeziora, na południe od niego, ucięta tuż przy granicy francusko-szwajcarskiej. Jadę wzdłuż góry na SSW, mijam kolejkę linową i dalej wśród domków. Pytania o wjazd na Salève kwitowane są spojrzeniami pełnymi współczucia. Rzeczywiście, podjazd to 10km 13% koszmarem – teraz może byłoby łatwiej, ale sama końcówka, wstyd przyznać, na piechotę. A myślałem, że w górskich rowerach biegi się nigdy nie kończą.

Potem jeszcze 130m wjazdu, potem zjazd grzbietem, z Canonem i 16mm obiektywem przyklejonym do bagażnika. Obiadek miły przy punkcie widokowym les 13 Arbres. Widok, rzeczywiście gites. Potem zjazd po ciemku (ach dlaczego? Gdzie te rekordy prędkości??), na drugą stronę góry niestety. Po krótkim błądzeniu znów na wiodącej w dół promenadzie do centrum Genewy. Hotel i znów ekonometria.

Genève - Annemasse -  Taninges - Châtillon-sur-Cluses - Bonneville - Amancy – Reignier – Genève (lotnisko) 103km

Bilet przesunięty o jeden dzień na wieczór, bagaże, książki, artykuły w przechowalni, można jechać. Początek jak poprzednio, dalej Annemasse i piękna wijąca się i falująca droga w dolinie. Po jednej i drugiej stronie ogłoszenia kurortów, ruch niewielki, chmurki, słońce, ślicznie. Podjazd z Taninges do Châtillon-sur-Cluses znacznie, znacznie łatwiejszy niż Salève. Zjazd bez rekordów, obiad (kolarskie spaghetti i sałatka) w Bonneville (nazwa jak z serii klocków Lego®).

Potem mniej ciekawa droga w stronę granicy. Mniej ciekawa, bo czas zaczyna gonić. Przez Genewę, obok pałacu NZ już z wywieszonym językiem.

I tak na nic – bez roweru może by się udało, ale z nim bez szans. Na Air France na Genewę-Paryż-W-wę też już za późno, zostaje na noc. Z business lounge’u wygonili mnie po odlocie ostatniego samolotu (Przepraszam, pana samolot odlatuje za 10 minut! Niee, ja dopiero jutro lece. Jutro? My chcemy do domu, zamykać...), pozostaje noc na dworcu.

Dobrze burakom ze SwissAiru, że zbankrutowali. Jak można brać 20CHFów za transport roweru. Do tego jeszcze po przylocie do Warszawy okazało się, że opony poszatkowane na makaron. Co więcej, to nie pierwszy taki przypadek. Kolega wracający też z Genewy, z szosowym rowerze zastał na Okęciu pocięte opony. Przypadek? W moim przypadku nasz LOT kochany (operator ostatniej nogi podróży, więc prawnie odpowiedzialny za stan bagażu) stanął na wysokości zadania – oddał z nawiązką kasę za dętki i opony.

Mapa (c) Microsoft Corporation