Do domu • Zdjęcia • Mapa • Linki

Gruzja, Armenia, 26 sierpnia - 13 września 2004

Noc pierwsza i dzień pierwszy 26-27 sierpnia

Lecieliśmy w czwartek przez Amsterdam, wszystko to działo się w 4 dni po moim powrocie z Włoch z romantycznej wyprawy z Ewa. Nie ruszałem przez te 4 dni roweru nic a nic . Nie uprzedzając faktów, jakże inne były te dwa wyjazdy. Musze tutaj również zaznaczyć, iż szok kulturowy, który przeżyłem pozostawił pewne ślady do dziś, kiedy pisze te słowa na obcej ziemi Beneluksu. Ale skupmy się na temacie, gdyż zapewne drogi czytelnik nie ma czasu na takie wybiegi w czasie i przestrzeni.

A wiec początki nie były łatwe – po pierwsze nie podano piwa w drodze do Amsterdamu (pozdrawiamy króleskie (jak to się w Warszawie mówi) linie lotnicze KLM). Lądowanie w Tbilisi (godz 2 w nocy) było tyleż łatwe co nieprzyjemne: na początek (chronologicznie to już po drugie) trzeba zapłacić za wizę 80 dolarów i niezależnie czy wpisze się ze się chce na 21 dni, wielokrotna, turystyczna itd to dostanie taki bidny człowiek jednokrotna, 14-dniowa kategorii urgent entry –wolnego aż tak nam się nie spieszy. Potem dostaliśmy rowery co wcale nie było takie zapewnione, gdyż na ten przykład mój rower został ograbiony z pompki rowerowej – na szczęście lider drużyny, słynny kolarz ormiański Lance (a może Louis) Armstrong aka Misza posiadał pompkie zapasowom, która uratowała nam życie. Wyjście z hali (ja bym to nazwał pakamera) przylotów tez okazało się nieprzyjazne (to już chyba 4 sam nie wiem) – jakiś totalny atak taksówkarzy. Cofnęliśmy się taktyczni, przeczekaliśmy chwile i chyłkiem zainstalowaliśmy się w barze obok. Tam udało nam się nabyć czeskie piwo, który to fakt rozproszył wiele moich trosk doczesnych. Tam złożyliśmy rowery (musieliśmy się dać przejechać – na rowerach w sensie – strażnikom lotniskowym, ale to może lepiej bo by jeszcze ze złości jakiś samolot rozkręcili czy co). Po tem już czekaliśmy  na świt w barze w sali odlotów – z prawdziwego zdarzenia ta hala, żaden PGR w pomorskiem by się takiej nie powstydził. Zjedliśmy najdroższe parówki z wody w życiu (a mogę powiedzieć, ze nie jedne parówki w życiu jadłem) i o godz ruszyliśmy z kopyta. Szło jak z bata szczelił; wpierw najsamwprzódy minęliśmy targowisko podmiejskie i nie skręcając do Tbilisi ruszyliśmy na południe droga na Baku i Erewan. Zawdy przejechaliśmy koło eleganckiego passata policyjnego (historia passatow policyjnych jest omówiona w innym miejscu), w którym dwaj policjanci oddawali się nałogowi snu. Ja musze powiedzieć, ze ja ich rozumiem bo sen to chyba mój ulubiony nałóg i oddaje się mu z niespotykana regularnością co najmniej dwa razy dziennie). Jeszcze szybka dętka na nierówności i postój pierwszy dłuższy około godziny 800 (rano). Pozwolę sobie opisać ten postój drogi czytelniku gdyż jest on wysoce symptomatyczny. Stanęliśmy pod sklepem i używając zasobu słów rosyjskich, którym dysponujemy zapytaliśmy kiedyż to tenże sklep swe podwoje rozewrze. Za 10min brzmiała odpowiedz małżeństwa, które zamieszkiwało w pobliżu. Gdy przeczekaliśmy 20 min zaproponowano nam kawę – nie odmówiliśmy – a wraz z kawa zostaliśmy ugoszczeni winogronami. Po chwili z piskiem opon, ledwo wyhamowując prędkość 150 km na godzinę, zajechała 20 letnia lada i wysiadł z niej.... nie nie sklepowy, tylko jakiś facet z jabłkami. Jabłka dostaliśmy my i rodzina i wdaliśmy się w rozmowę o życiu w naszych przyjacielskich hrajach. Konsekwentnie (konsekwencja była nasza mocna strona w czasie tego wyjazdu) odpowiadaliśmy, ze u nas jest normalno (biorąc uwagę okoliczność, w jakim kraju toczyła się rozmowa to niewiele się mijaliśmy z prawdą). Po chwili rozmowy padła propozycja, która w tych przyjaznych krajach, które przyszło nam odwiedzić odrzuciliśmy po raz pierwszy i ostatni: napijom se? Spojrzałem na zegarek – była 830 rano. Pozdrowiliśmy naszych nowych przyjaciół i pojechaliśmy swoja droga.

Na marginesie drogi czytelniku, żebyś nie wziął nas za degeneratów i w ogóle, pragnę zauważyć, ze mimo, iż w późniejszych fazach wyjazdu nie odmawialiśmy, to mięliśmy dyżury – ty pijesz dziś, żebyś nie musiał pić jutro i pojutrze. Trzeba przyznać, ze podział pracy ruszył nasza cywilizacje, a ich nie – oni wszyscy pijom naraz i wogle (jak to się w Warszawie mówi).

Droga do granicy armeńskiej nudnawa trochę była, bo plaska i wogle. Droga niby charaszoja, bo nowa, ale co i rusz jakieś odcinki żwirówki wiec nie łatwo. I jeszcze żarka nam dokuczała mocno (mimo, ze ja przecież ze słonecznej Italii prosto, no ale tam to zupełnie inne ciepło bije, przyjazne, drogie sercu i wogle). Bardzo pozytywny okazał się natomiast popas – w barze przy stacji bezin dostaliśmy ser, sałatkę i kiełbasę pieczona – wszystko wyborne jak mawiają nasi południowi sąsiedzi, a do tego wino takie świeżutkie i piwo – wszystko dobre bo zimne. Nie owijając w bawełnę w granicach godz 13 znaleźliśmy się na granicy najstarszego chrześcijańskiego kraju i ojczyzny wielu wspaniałych ludzi (żeby tylko wspomnieć Pitagorasyana, cesarza Karolyana IV, Kopenikyana, Wolteryana, Dostojewkyana, Einsteinyana, Prestleyana i innych) – tak drogi czytelniku, na granicy ARMENII.

Za granica ucięliśmy sobie drzemkę, używając kocyków i poduszek dostarczonych nam przez królewskie KLM. W Armenii krajobraz się zrobił ciekawszy i jechaliśmy dolina rzeki. Tuz przed dotarciem do celu zatrzymał nas groźny stróż prawa i dokładnie wypytał o cenę rowerów, skąd jedziemy i dokąd. Piekielnie mocna miał pamięć bo nic nie notował. W końcu uznał ze nie jesteśmy groźni i kazał jechać dalej. Zaraz za zakrętem ukazał się naszym oczom nieziemski widok – cudowny kanion, a w nim dymiące kominy. To był cel naszej podroży – Alaverdi, przejechaliśmy 135km i 1150m przewyższenia, mimo, ze planowaliśmy jakieś 60, no ale jakoś z rozpędu jechaliśmy. Pozwolę sobie nas pochwalić bo kto inny nas pochwali jak nie my siebie samych pochwalimy – jak na 2godz snu to chłopaki żeście kawał dobrej nikomu niepoczebnej roboty odwalili.

No ale hola hola, jeszcze trzeba się dostać do hotelu, który okazał się być jakieś 600 m (mogę się mylić ale jeśli cos to zaniżyłem), nad Alaverdi. Ponieważ nie starczyło nam zapału na podjazd to władowaliśmy się z obładowanymi rowerami do kolejki górskiej, która wjeżdżała na gore wąwozu do wsi Sadahat gdzie swienie na ulicach biegały, a w zamyśle jej budowniczych, prężnych proletariuszy, miała na celu zwozić robotników do kopalni. Kolejka była typowo górska – poczuliśmy się jakbyśmy jechali z kuźnic na Kasprowy, tyle tylko ze zamiast nart mięliśmy obładowane rowery, co kosztowało nas extra 1pln en face. Przewoźnik rękę dalby sobie uciąć, ze kręcili tam „tylko dla orłów”, a ponieważ powiedziano nam już, ze film ten nakręcono według powieści słynnego ormiańskiego pisarza Macleanyana, to uwierzyliśmy, bo ludziom trzeba wierzyć. Trafiliśmy do hotelu Debed (the bed albo debet), to było cos nie do opisania. Polecam zdjęcia, a w opisie piśmiennym ograniczę się do kilku szczegółów:

1.      hotelem rządzi administratorka, ona jest wszechwładna, ale tylko przez 24h, bo jak rano przyjdzie nowa, to niezależnie od tego czy się zapłaciło czy nie płaci się jeszcze raz;

2.      koło hotelu kreci się interpretatorka (podejrzewaliśmy ze chodzi o zawód tłumacza, bo posiadała zasób słów angielskich, ale głowy nie dam, taki był ten zasób), strasznie ona cierpiała bo musiała nosić ze sobą cały czas jakieś 150 kilo żywej wagi. Wogle to fakt, ze my na rowerach przyjechaliśmy przyprawił ja o straszne cierpienia. Dodatkowo zapytała kulturalnie co my w życiu naszym osobistym robimy i jak się dowiedziała, ze studiuje na kierunku prawo, to powiedziała, ze to niedobrze bo ona policjantów nie lubi;

3.      woda w tymże hotelu jest dostępna jedynie w godzinach 7-9 rano. Nam stosunkowo zależało na ablucji w pewnym prawda chociaż zakresie, wiec administratorka otworzyła przed nami w swojej szczodrości odrzwia swe i pozwoliła nam skorzystać z rezerwuaru wodnego znajdującego się w piwnicy. I to było straszne. Pozwolę odwołać się do słów kapitana drużyny, gdyż myślę, ze oddają one powagę sytuacji: „To śmiało powiem, ze to była najgorsza łazienka w jakiej byłem, ale mamy maść na grzybice. Wanna się ruszała i była czarna, podest drewniany gnił i śmierdział prawie tak jak gówno z odpływu i w ogóle cool mam zdjęcia. Ale 3000 lat historii stało za nami to się umyliśmy.”

Po kąpieli w milczeniu skonsumowaliśmy pół kilo żywieckiej kiełbasy (woleliśmy polegać na własnym jedzeniu) i złożyliśmy nasze wezgłowia odchodząc w cudowna krainę snu.

Dzien drugi

Dzień drugi zaczęliśmy od włoskiego śniadania (ach ta słoneczna Italia, zapraszam w tym miejscu drogi czytelniku na stronę wyprawy włoskiej) – czyli kawa po ormiańsku i słodkie buły. W ogóle to bron ci pradawny Noe (to był pierwszy Ormian, i w ogóle oni od niego się wywodzą wszyscy, bo jak pływał na karablie po potopie to osiadł na Araracie, a to jest w Armenii, choć tymczasowo w Turcji ale to się zmieni) poprosić o kawę turecka bo to grozi śmiercią i zaawansowanym kalectwem. Poza tym to jest ta sama kawa, jak i kawa po grecku. Po śniadanku przedzierając się przez stada świń miejskich dotarliśmy do klasztoru w Alaverdi [?] - cos niesamowitego, koło 11.w, wszystko zarośnięte i zaniedbane. Doznaliśmy tam objawienia i z taksówkarzem pojechaliśmy do bliźniaczego klasztoru, trochę w dół kanionu. Tam przynajmniej trawę wykosili.

Szybko wróciliśmy, aby uciec przed nowa administratorka i ruszyliśmy w gore doliny na rowerach. Droga była bardzo ładna, niestety przegapiliśmy dwa klasztory. Tempo było ostre, jeden popas (można powiedzieć, ze już tam ustalił się nasz jadłospis – sałatka, ser, kebab – taki mielony na ruszcie – lub szaszłyk). Zupełnie pijana trojaka zapraszała nas do jakiegoś mladych obozu, czy tez jugendcampu, lecz my niezłomnie zmierzaliśmy na południe. Po jakiś 50 km dojechaliśmy do vandzoru i chwile szukaliśmy polecanego przez lp b&b. Zaczepiła nas tylko miejscowa złota raczka na motocyklu z przyczepka. Kiedy nas dogonił, zatrzymał nas i starał się przekonać, ze on nam naprawi rower. Znacznie lepiej sobie radził jadąc na motorze niż jak z niego zsiadł; jego towarzysz podroży nie odważył się wysiąść z przyczepki (zresztą jak siedzieli w niej i pil już trzeci dzień z rzędu to po co wstawać). Chcąc nas przekonać do swoich kompetencji, złota raczka rzucił nazwę „Shimano”. Odpowiedziałem mu rymem:

Shimano

Wsio haraszo

Co uwolniło nas od jego towarzystwa. Polecony b&b okazał się wspaniały. Prawda, ze w wystroju pokoju dominowały ornamenty, ale luksus jak się paczy. Dodatkowo mięliśmy bonus. Kiedy kierownik wycieczki Misza zażywał pierwszego ciepłego prysznica na przyjaznej ziemi ja zostałem zaproszony do stołu w celu spożycia napitków i jadła. Wódeczka zadziergła nasza przyjaźń w nowym kraju znakomicie, musieliśmy tylko przyznać, ze w Armenii są najlepsze arbuzy, wódka, koniak, sery, piwa, a brzoskwinie to w ogóle owoc armeński. Poza tym wiedza co to Polska i Polacy bo im w 1989 (jeśli mię pamięć nie myli) nasza dzielna braterska pomoc odbudowywała im szpital. Po konsumpcji, w której uczestniczyła wielopokoleniowa rodzina udaliśmy się na miasto, gdzie udało nam się dostać do inetu oraz lider drużyny skorzystał z usług zakładu fryzjerskiego. Uznano tam, ze taki obcokrajowiec to doskonała okazja, żeby sobie praktykantka poćwiczyła… na resztę (to znaczy nowa fryzurę gwiazdy drużyny) pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia.

Tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy drugi dzień pełen sukcesów. Musze również przyznać drogi czytelniku, ze gościnność (taka jakaś nienarzucająca się, a hojna) tych ludzi podbudowała nasza wiarę w ten kraj, nadwątloną noclegiem w Alaverdi.

A to słowa Michała o tym samym i dalszych dniach:

No to jesteśmy w Vanadzorze i internet tu naszliśmy i w ogóle ta Armenia to według naszej zgodnej opinii najwspanialszy kraj na świecie. W zasadzie wszyscy są Ormianami a to z tego powodu, ze jak Noe pływał na karablie po potopie to osiadł na Araracie, a to jest w Armenii, choć tymczasowo w Turcji ale to się zmieni. Także wszystkie zwierzęta są Ormianami poza może zapluskwionymi gołębiami co poleciały i skondziś jakieś gałązki olywne przynieśli Noemu. Z Tibilisi lotnisko (nie spali my) okręnżno drogo pojechaliśmy do granicy Armenii. Pierwszy odcinek, tak do granicy był kiepski dosyć, bez gór, krajobrazy płaskie i industrialne i biednie tak jakoś. Tylko biesiada po drodze przypala do gustu - baaaaardzooo dobre tu szystko majo a piwo i wino (w półlitrowych kuflach) dobre bo zimne. W Armenii od razu lepiej było i całkiem ambitnie, bez spania 135km zrobiliśmy do Alavardi. Tam kolejko linowo do Sadahat podjechali (bez żadnej birokracji z rowerami) i do hotelu celujemy lekkim podjazdem. po ulycy chodziły świnie i jedna b. piękna Armenka, ale przeczytaliśmy, że jak nie są upadłe Armenki to nie ma na co liczyć a ta jeszcze nie upadla (albo się podniosła). Trafiliśmy do hotelu Debed (the bed albo debet) i tam napotkaliśmy ciecia i interpreterke wagi ciężkiej z dzieckiem. Para ta nie była nam w stanie zapewnić jakiejkolwiek pomocy bez udziału administratorki na któro czekaliśmy. Administrator to w ogóle jest najważniejsza pozycja w tych krajach i np. jak się zapłaci za hotel u jednej administratorki a druga przyjdzie następnego dnia to ta poprzednia oplata się nie liczy. Interpreterka mówiła po anglisku i była orko administratorki i bardzo przyjemnie się rozmawiało, tylko ona strasznie cierpiała ze musi unieść i wyżywić 130kg swojego ciała, a my nie mogliby pomoc bo za dużo na rowerze przejechaliśmy. Ona spytała co Staś studiuje a jak powiedział że prawo to spytała czy będzie policjantem i ze w Armenii nie lubimy policjantów. Stasio powiedział „maybe”. W hotelu nie było już wody i w ogóle ruina to była wyjątkowa ale management miął rezerwuar i wannę w piwnicy. To śmiało powiem, ze to była najgorsza łazienka w jakiej byłem, ale mamy maść na grzybice. Wanna się ruszała i była czarna, podest drewniany gnił i śmierdział prawie tak jak gówno z odpływu i w ogóle cool mam zdjęcia. Ale 3000 lat historii stało za nami to się umyliśmy zjedliśmy żywiecko z chlebem i winem i poszli spać.
cdn

A tera w tym Vanadzorze w B&B i od razu wódko i kolacjo nas ugościli i dzieci i rodzina i szpital zbudowany przez Polaków obok i za drużbę i w ogóle. Ale na miasto się wyrwaliśmy jakoś. Brzoskwinie powstały w Armenii i arbuzy. Ale super gościnni mili i niekrępujący - kraj rewelka.

29 sierpnia: Tu Radio Erewań: 140km, 1831m przewyższenia, 2 przełęcze, 1850 i 1980m. Ładnie tu bardzo, tylko straszny przejazd przez Erewań. [wiadomość od czytelnika Arturyana: "Że co straszny Erevań, że co im się prymitywom nie podoba, z powrotem na drzewa pętaki, szacunku trochę"] Idziemy do miasta, bo w radiu mówili, że rozdają na rynku nowe Cannondale'e. Za darmo.

1 września: Jesteśmy w Spitaku. Wczoraj spaliśmy w górach w pałatku, po uczcie przy ognisku z zapoznanymi lokalsami i oficerami policji [sic?]. Nie wiemy, czy pojedziemy w prawo [w stronę Vanadzoru], czy w lewo.

Gyumri [a jednak w lewo], dziś 103km. Wczoraj mniej - 52, ale z grillem lokalnym. Razem 6800m przewyższenia i 564km jazdy. Jest ciężko.

2 września: Z Gyumri dziś ruszamy na Gruzję.

Na granicy; Gruzini wizy nie dają, 2150m npm, deszcz i sytuacja jest niekorzystna. Trza nazad.

23:00 czasu lokalnego: Prawie zgodnie z planem, jutro podgonimy drogę na Batumi

4 września: przyszły 4 zdjęcia!

5 września: no to kontynuacja:

bo siedzimy w Batumi i jest oberwanie chmury wiec ciężko z tego internetu wynijsc. Podejmujemy wiec temat z Vanadzoru gdzie mięliśmy bardzo dobry podwieczorek z Armenem policjantem i innymi gospodarzami w B&B. Wieczorem poszliśmy na miasto, ale już mniej rozrywkowo. Ja (Misza) odwiedziłem kombinat fryzjerski i poddałem się maszynce uczennicy (wiek 55 lat) besztanej on-line przez Administratorkę zakładu, ze źle strzyże. Faktycznie źle ostrzygła ale za to potem zaprowadziła mnie na zaplecze i czule umyła mi głowę we wgłębieniu będącym skrzyżowaniem umywalki z pisuarem.

Rano strasznie nas pędziło do boju wiec pozostawiłem pomarańczowy ręcznik i od tego czasu (już z 6 dni) tułam się po Zakaukaziu próbując zabezpieczyć jakieś frotte.

Tego dnia podjechaliśmy w gore przez przełęcz a potem spuskalismy się do Dijizan. Ta droga była już dość ładna, góry, strumienie i lasy nawet. Dilizan to taka Krynica mniej więcej - dużo ośrodków (dom kompozitora gdzie jacyś słynni mieszkali itp.). Dość dużo było podjazdu i upal poważny za Dilizanem (tak z 1300 na 2000) do tunelu. Po drodze mijały nas ciężarówki afro (z góro słomy na pace).

Tunel miał 2,5 km i był całkiem ok - po drugiej stronie wyjechaliśmy już niemal na jezioro Sevan (na ok. 1900m położone, bardzo duże). Komuniści chcieli zmniejszyć ale Regan ich powstrzymał i dzięki temu przy drodze nad brzegiem są mile knajpki i spożylismy tam strawę i napitki (pstrąga maja najlepszego na świecie). Poslie jakoś tak bez celu się toczyliśmy - podjechaliśmy na jakoms górkę przy Sevanie co by obaczyć monastyr - Staś zobaczył i obfotografował - to mnie już nie bardzo się tam chciało chodzić.

No i powstał dysonans gdzieby dalej jechać - jedna opcja była wzdłuż jeziora ale trzeba by potem wracać ta sama droga by do Erevania się udać. Spotkani faszystowscy cykliści powiedzieli, ze przy jeziorze nic ciekawego nie ma no to podjęliśmy decyzje co do Erevania. Dojechaliśmy tam na styk o zmroku (w ogóle całkiem długi etap, tak ponad 140km i 1700 przewyższenia) i zlogowalismy się w hotelu Parev (całkiem drogi ale veeeery ok). W ogóle to oczekiwaliśmy uparcie na przyjazd Darka S. (znany także jako Sojer lub Dario), który tydzień wcześniej po jednej rozmowie telefonicznej postanowił zlogowac się do grupy i wzmocnić ja znacznie ilościowo a przede wszystkim jakościowo. Darek nie sprawiał problemów pytaniami "gdzie jesteście", "jak się umówimy", "gdzie śpimy", "czy macie grzałkę i butlę gazowo" co do pewnego momentu było wygodne ale w Poniedziałek w hotelu Parew w Yerewaniu zaczęliśmy się z letka niepokoić. SMSy wysyłane w przestrzeń zakaukazia ginęły w stepie (no nieważne, w ośnieżonej kniei Elbrusu) i brak sygnałów zaczął nas niepokoić. Jakaż była nasza radość gdy po śniadaniu w drodze do okolicznej atrakcji (Gerhard 40km od Erewania) otrzymaliśmy SMS czy dwa treści mniej więcej "piłem cala noc z gruzińskim Jimem Morisonem a teraz w autobusie obok wojennego czełowieka z winem w dwóch pędach jadę do was". Następne updaty przygnębiały: "nasz ikar zagubił koło i czekamy na autobus na zmianę na granicy". Zrobiwszy dzienno normę (do bardzo ładnego monastyru w Gerhard Szreder i imitacji świątyni z I w pne) powrócilimy do Jerevania i z niepokojem czekali. Bardzo byliśmy w stresie, cale piwo przygotowane na powitanie wypiliśmy ale o 2am roztworzyłem oczęta i objawiła mi się bladożółta postać w mroku naszego apartmant, Darek trafił akurat na fazę REM wiec byliśmy totalnie nieprzytomni acz bardzo szczęśliwi, i potem miałem takie mile sny, śniła mi się taka jedna i mówiła ze mnie kocha albo coś.

W ogóle Erewania za bardzo nie zwiedziliśmy, ale miasto bardzo OK, trochę nowych budynków, niewiele wieżowców, za to traffic koszmarny. Jazda rowerem z/do/w to duże przeżycie.

Strasznie dużo tego pisania - wiec przejdę do rzeczy - następny dzień to Watykan Armenii - Echmiadzin - na taki ten Watykan po prostu. We wszystkich sakralnych zabytkach figuruje Grigorij Administrator, znaczy się Interpreter, albo Iluminator, który żył miedzy 2 a 8 wiekiem. Poza tym wszędzie są kawałki świętej lancy (holy lance /armstrong/). I dalej w góry na północ pojechali. Obok jelektrowni jonndrowej przejechaliśmy i dalej w góry. Niestety zaczęła się epopeya dętkowa - Staś, Darek i staliśmy na drodze koło gimbusa (taki bardzo trendy) i trzech wodzitieli co wieźli materiał na ogrodzenie z Eyerewania i pili wódkę i arbuza. Darek walczył z dętko ale poszedł ich spytać o pompkę i za chwile piliśmy arbuza i nawet kawałek wódki. Potem poczęstowaliśmy kolego wiskey (pierwyj raz piłem oczien) i już w dużej przyjaźni byliśmy, a bardzo excellent rosyjski Darka pomagał. Zaokrętowaliśmy się na pokład gimbusa i pojechaliśmy tak 15 km dalej nad jakieś jezioro co by tam namiot rozstawić i spać. W miedzy czasie spotykaliśmy jakiś nowych ludzi (wulkanizator bardzo przyzwoity czełowiek). Jeziora pilnowała jednostka wojskowa MSW i zgrzyt powstał bo Darek spytał czego oni pilnują a oni tez nie wiedzieli. Gimbus wjechał do jakiego to sadu, tam namiot rozbili, kierowca autobusu był pijany w sposób osobliwy, drugi kolega miał przerwę bo był bliski zejścia (profiesor fizkultury, jak mówił toast to wszyscy cichli) a trzeci ze złotymi zębami mówił ze nie ma nijakiego probliema. Wkrótce, po zakupach, bardzo duża gromada się zebrała z wojskami MSW włącznie dowodzonymi przez melancholijnego kapitana, który grał na klarnecie i medytował, ze marnuje życie pilnując jeziora pełnego gówna (bo było zanieczyszczone i nie można się było kąpać). Jego podwładni pocieszali go sugerując ze nasz kapitan powinien być już generałem ale on pozostawał w melancholii i toasty jego brzmiały "za szczęście" "za życie" co budziło bezgraniczny podziw jego oddziału ("wot gienerał"). Woditiel gimbusa narychtował z mrożonego kurczaka szaszłyka (Darek skazał "artist szaszlika") i w ogóle była miła noc. Pokazał się nawet brodaty uchodźca z Azerbejdżanu (Tołstoj). Koło 1 w nocy Gimbus wykręcił do tylu obcierając kilka drzew i z profiesorem fizkultury (następnego dnia był 1 września) udał się do rodzinnej osady.

Potem się struliśmy, zawrócili nas z granicy gruzińskiej i jesteśmy w Batumi i pada [pada, pada, ale jak się dostaliście do Batumi - autobusem?] a poza tym napijmy się za bezpieczną i przyjazną granicę polsko-armeńską przy Morzu Czarnym.

6 września wieczór: Hardcore w pociągu do Tibilisi, plaskardna, deszcz lał cały dzień, więc się teleportujemy.

7 września: Jedziemy Georgian Military Highway na Kazbegi (pod granicą Rosyjską/płn Osetyjską). Dojedziemy pewnie do Pasanuri.

Teraz Gudauri, 60km od granicy z Rosją [to przełęcz chyba], jutro tam pojedziemy bez sakw i wrócimy, a w czwartek na wschód. [Mapa na górze zrobiła się totalnie nieaktualna, ale dysk twardy z programami graficznymi zdechł, polecam dużą mapę].

10 września: [a jednak żyją] My w Akhmeta, na wschód od Tbilisi. Wczoraj droga tragiczna, kamienie, błoto, góry, w 4h 30km.

Od czytelniczki: aqq! czy one tam jeszcze dychajom? a moze terroryści czeczeńscy już się nimi zainteresowali? Takie chłopy to nie lada gratka... a może nicponie siedzom se cieplutko już w domeczku? Uprasza się o rychłom aktualizacje stanu rzeczy!!

A więc donoszę: 13 września: powrót przez Amsterdam. Wszyscy zdrowi i cali.


Do domu • Zdjęcia • Mapa • Linki