Harpagan to extremalny maraton rowerowy, pieszy lub kajakowy na orientację. Extremalny, choć trzeba przyznać, że zrobił się dość masowy i liczba uczestników na pierwszych etapach jest dosyć przytłaczająca - nie można się dopchać do pieczątek przy bliskich punktach kontrolnych. Extremalny wreszcie jest tylko w tedy kiedy się chce go skończyć, tzn. zaliczyć wszystkie punkty kontrolne. Udaje się to rzadko, nam nie.
Pojechaliśmy z Chomikiem w piątek wieczór po pracy. Wyścig rowerowy zaczynał się przed świtem w sobotę, Chomik miał dyżur w niedzielę, więc zapowiadało się ostre 48 godzin. Przyjechaliśmy późno, walnęliśmy się na korytarzu w szkole, o 4:00 spaghetti, potem rejestracja i o 6:00 start. Do mety musieliśmy przyjechać o 18:00
Będzie tu więcej tekstu potem. Tym czasem powiem tylko, że po szóstym punkcie trochę zwolniliśmy tempa, tym bardziej, że było jasne, że dużo nie zrobimy - godzina stracona przy drugim (nieobsadzonym) zrobiła jedno, pęknięta opona (całkiem nowy, ale tanio-tandetny Panaracer) drugie. Tak więc stawaliśmy częściej przy sklepach niż sportowcy prawdziwi powinni.
Zaczęliśmy, podobnie jak i tłum od pkt. 9, potem długie - długie poszukiwania 12-stki, na którą właściwie trafiliśmy bezbłędnie, ale jeszcze nikogo tam nie było. Szukaliśmy więc godzinę dłużej, aż zrezygnowawszy pojechaliśmy dalej - i jest - w tej samej ambonie, którą mijaliśmy już tyle razy. Gnamy dalej do 13-tki, potem trochę błądząc do 17 (z tamtąd jest zdjęcie u Śpiocha). Dalej 2. Tam psuje mi się opona, na szczęście w Sztumie znajdujemy sklep rowerowy. Zmiana opony na 19-tce, dalej 16, gdzie pierwsza spora przerwa w sklepie. Stamtąd jedziemy złą drogą na przełaj (na północ zamiast na wschód), po strasznych chaszczach, skręcamy więc w złą stronę na asfalcie. Zawrotka dopiero w Mikołajkach Pomorskich, dalej do 1. Dzieci z PGRów biegają i czepiają się bagażników jak w Maroku, ale trzeba przyznać, że robią to całkiem bezinteresownie. Skrót (dzięki miejscowym) przez kamieniołomy do Starego Miasta, dalej 20-tka, potem wertepowo-płytową drogą do Kamieńca (8). Tam znów sklep. Skręt znów na płyty betonowe i do 15-tki.
Robi się już późno, więc tylko skok w bok do 4, z 11-tki rezygnujemy i gnamy prostą drogą do mety i Kwidzyna.
Mapa to dwie kartki A3 na ksero, ale użyliśmy tylko jednej - punkty kontrolne na południu pozostały nietknięte.
Efekt to 119 miejsce.
Powrót był szczególnie śpiący, 50km przed Warszawą gwałtownie zahamowałem widząc na drodze krowę, której nie było.
