Do domu • Zdjęcia • Mapa • O kraju • Linki

Iran, maj 2003

Ponieważ brak jest roamingu w Iranie to na bieżąco nadawałem na stronie swoje postępy przez modemowe połączenie w intrenet cafes. No i tą relację na żywo w dużej części tu żem przekopiował, więc są słowa typu jutro, teraz itp. Tak więc jest prawda życia - prawda ekranu.

W sumie: 890km, +800m netto, 9400m brutto (wyżej niż everest!), max prędkość była 80km/h! Iran bardzo OK do roweru, temperatury w górach znośne, kierowcy (poza miastami) rozsądni, drogi dobre, ludzie mili (rzadko do przesady). Mapy - do niczego.

1 Maja Teheran - Qom (bus) - Kashan 119 km, różnica poziomów - 500m brutto, 0m netto

Godzina 1.05. Wylądowałem na lotnisku w Teheranie. Sprawdzam czy rower jest cały. Czekam z tłumem Iranów przy belcie. Celnik pyta czy wiozę alkohol, pornografię, szach-maty czy karty... Mam wszystko!

No a następnie twardo ruszam do boju. Od razu na lotnisku mnie dociążyli! Za 200 US dostaje się ok. 1,5 kilograma banknotów z facetem w turbanie. Upchnął żem je w dresa, rower (bez skazy bo w folii lufthansy zapakowany) skrencilem i napompowalem i ready. Wszystkie kobiety w tych chustach, nawet aryjskie stewardesy zakutali. Na zewnątrz działało biuro podroży wiec zaprzyjaźniłem się z jakąś Ismela i jej pociesznym szefem no i pogadaliśmy z godzinę jak by tu jechać do Qom. Potem jej szef zaproponował, żebym zabrał ja do lechistanu a ona żeby szef odwiózł mnie na terminal. Szef kronzył po Teheranie z godzinę, w końcu wsadził mnie do budki gdzie poznałem parkingowych. One wsadzili mnie do autobusa i zapłacili no i tak znalazłem się w Qom o 6:30 rano (czyli 4:00 naszego) Spałem tylko 2 godziny wiec postanowiłem szybko jechać do celu (Kaszana, znaczy się Kashan). Przejechałem po tym Qomie, no faktycznie fanatyków sporo - chodzą z bębnami i kolumnami i walą się (z lekka) jakimiś pejczykami po plecach. Ogólnie święte miejsce. Trasa plaska, wiatr zmienny, przeważnie z tylu. Szybko to bym zrobił, ale dentka mnie poszła wiec tak godzinę dodałem (bo dokładnie żem robił). Krajobraz nudnawy, z jednej strony góry (nawet śnieg) z drugiej jakieś zaczątki pustyni. 119km wyszło wszystkiego ze średnią 21 (ale miasta w to wliczam, wiec normalnie było dość szybko). Kabanosy konsumowałem świeżutkie na bieżąco, bo sklepów niewiele, a jakiegoś jedzenia to w ogóle nie było. W Kaszanie milo - takie oazowe miasto, wszystko co czeba obejrzałem - jakiś meczet, targ i domy duże i bogate no i spać w końcu..

Pierwsze wnioski: - dla roweru jest bezpiecznie (nie gorzej niz. w Libanie/Syrii). Trzeba unikać centrum miasta w godzinach porannych (7-8 i wieczornych 19 i potem). Poza tym naprawdę OK, zero problemów. - drogi - super - ludzie jak już się zatrzymasz zagadują - ale dzieci biegnących za, kamieni itp. to nie ma - naprawdę bardzo spokojnie. - Czysto jest bardzo na ulicach i drogach (nawet w porównaniu z Lechistanem) - mało hoteli, sklepy miejscowości oddalone - trzeba wozić zapas. Jutro ruszam w kierunku eeeStefana (Esfahan) - w sumie jest ze 230 - i naprawdę góry wiec podzielę na dwa.

A jeszcze w Kashanie jakieś dziwne obrzędy odprawiali. Nie wiem czy to lokalne czy tak zawsze, ale ciekawe. Krążył w kolko koń z matom pobrudzonom czerwono farbo, dalej jakiś niby trup tez pokrwawiony, a razem z tym nosili taka platforme z kogutami z metalu z piórami kolorowymi (kształt z Kazimierza). Widziałem to w wersji malej (przy jakimś meczecie) i dużej na głównym placu.

2 Maja, Kashan - Abyanech, 95 km, różnica poziomów - 1386m brutto, 1300m netto

Dalej na południe - z Kashan na Esfahan. Chciałem zjechać w stronę Abyanech tak 60 km za Kashan w góry na prawo, a w Abyanech (20km od drogi) zobaczyć, czy dam rade jeszcze dalej na wschód przez góry. Abyanech polecali, ze fajna górska wioska z błota w zasadzie zrobiona. Niestety błędy same popełniałem. Najpierw legularnom krentom drogom jechałem - w gore i w dol, ale zawsze pod ostry wiatr (15km/h się wyciągało na płaskim). Potem skrzyżowałem się z autostradom (której nie miąłem na żadnej z 4 map), więc wjechałem na nią, a ona akurat oddaliła się od zjazdu na Abyanech. Tak wiec w końcu nadłożyłem 15km, z czego 10km alternative road (kamienie i pyl) dojazdu z powrotem z autostrady na legularna drogę. Wjazd do Abyanech miął wiec w sumie 30km i 1050 różnicy poziomów! Sama wioska jest na 2250! Pod koniec już naprawdę było ciężko. Na jednym z odpoczynków to położyłem się na chwilę i zasnąłem. W Abyanech na szczęście jakiś hotel był, gdzie młodzież emocjonowała się irańskim teledyskiem nagranym w Kalifornii (na komputrze).

Ludzie ciągle mili, 2-3 razy może trochę za bardzo zainteresowani i zaangażowani (telefony, adresy itp.), ale ogólnie dają żyć, bez problemów. Duży problem to brak sklepów po drodze - ludzie tam maja ze sobą prowiant i herbatę, dla mnie to trochę trudniejsze.

3 Maja, Abyanech - Esfahan, 124 km + 50 km taxi, różnica poziomów 1400m brutto, - 600 netto

Bladym świtem obszedłem te wioskę - b. fajna, całkiem spora. Domy różne - naprawdę z gliny, ale tez trochę odnowionych. Doczepione do nich drewniane balkony. Kobiety maja kolorowe chustki i spódnice (!), Czerni w zasadzie nie widać. Mężczyźni spodnie jeszcze szersze niż ja. Super meczet, z basenikiem na dziedzińcu, a przez filary podpierające daszek widać góry ze śniegiem i jakąś warownie na przeciwległym stoku. Bardzo pusto, ale chyba, dlatego, ze sobota - w przeddzień dużo samochodów zjeżdżało, ludzie robili pikniki przy rzeczce itp.

Niestety, drogę dalej na wschód (najkrótsza) zdecydowanie odradzono (mimo, ze byłaby już w zasadzie w dol.) jako bardzo alternative. Musiałem wiec wrócić w dol. (czyli zrobiłem ok. 50km dodatkowo, co skwapliwie notuje w pozycji kredyt). i jechać drogom legalnom do Esfahana. Trochę było wspinania, nakupiłem się wody, soków i batonów i jak na złość, co chwilę niemal jakieś sklepy były. Przez główne góry przejechałem w miarę bez problemów, przełęcz była na wysokości 2150m, ale przez płaskowyż, wiec nie było dramatycznych widoków. Zjazdu niestety nie wykorzystałem do końca, ostatnie 50km przejechałem pick-upem (odebrałem Abyanech), bo przed Esfahan jakieś strefy przemysłowe, lotniska itp.

Sam Esfahan - bardzo żywy i ładny. Wieczorem jakiś spacer po mostach (mają stare - nawet jeden 12 wiek). Rzeka, która wg lonelyplanet miała być wyschnięta płynie wartko. Chciałem rower wodny pożyczyć, ale zrezygnowałem. Obiadek w jakimś restaurancie niby super jadłem, ale chyba oni nie maja tu tradycji "dining", wszystko dają naraz i oczekują błyskawicznej konsumpcji. Herbata za to super, zwłaszcza z takim żółtym cukrem chyba krystalizowanym z imbirem czy szafranem(?). Hotel sobie elegancki wziełem tym razem - Abbassi, ma patio z fontannom, kwiatkami itp., wystrój elegancki i tam dalej, gatki se uprałem w końcu i koszulkie bo śmierdziały już strasznie.

4 Maja, Esfahan - Shahreza, 80km, różnica poziomów 500m brutto, 100m netto

Dziś to pisze z rana z hotela, zaraz idę na pół dnia pochodzić po mieście a potem raczej krotki etap zrobię - 60-70km. Celuje by ok. 9 maja być w Shiraz, ale z opisów wygląda, że będzie ciężko. Kolana trochę bolom, ale żyje. Arcalen wykorzystuje aktywnie - pomaga cudowna maść jak zwykle. Niestety ze zdjęciami ciężko - bo jakoś nie mogę znaleźć softwaru do aparata - tylko update - Mateo - jakby, co to Pentax Optio 430RS jakbyś linka znalazł - MATEO DZIEKI, JESTES WIELKI, ja, co prawda to samo znalazłem i zgrałem, ale myślałem, ze to tylko update.

No a po południu pojechałem na krotki etap do Shahreza (rżnąc Szacha?). Trasa była łatwa, no i przed zmrokiem byłem. Zjadłem i szukam hotelu naiwny. Ludzie dziwnie reagują na pytania, ale wygląda (i na mapie tez), ze jakiś hotel musi być. W końcu do grupki, z która zażarcie dyskutuje przyjeżdża jakiś facet na rowerze i pyta "what do you want?". Mowie normalnie, ze hotela, a on, w pędzie na rowerze krzyczy "come to me!". Nie wiem, co to znaczy, ale, ze był pierwszy, z którym kontakt werbalny nawiązałem to gonie. W jeździe równoległej wyjaśnił mi, ze mam spać u niego w domu, o 3 lata temu był jakiś Japończyk rowerzysta spal u niego i było "ocze" - to po persku OK. Khosro najpierw popędził (a ja za nim) pokazać mi swój biznes. W pokoiku siedziało 5 młodych ludzi, a za biurkiem stary i pili herbatę. Biznes wydal mi się znakomity, posiedzieliśmy trochę i pojechaliśmy dalej. Zajechaliśmy do kuzyna Khosro, który był pułkownikiem jak był młodszy, a teraz sprzedawał zeszyty i ołówki. To tez był świetny biznes i tez posiedzieliśmy. Kiedy po godzinie wyjaśniłem w końcu, ze jestem Lachestan a nie Holland, Khosro powiedział, ze w Lachestanie był świetny wódz Lech Mandela i ze takiego brakuje w Iranie. I w ogóle, ze Irany, Iraki i Turki są dobre, a Bush, Chomeini i Saddam źli. W domu poznałem żonę, córkę i syna, zjedliśmy i sprawnie spać. Bardzo to wartościowe poznać bliżej mieszkańców obcego kraju.

5 Maja, Shahreza - jakaś wyschnięta rzeka obok Meymed, 157 km, różnica poziomów 1855m netto, -250 brutto

Ruszyłem przed 8 na Semidan (czy cos) w góry Zagros. Najpierw przełęcz na 2400, potem 2630 i zjazd. Dosyć dobrze się jechało. W Semidanie zjadłem i była 14, wiec myślę jechać. Nakupiłem czekolad (niedobre czekoladopodobne), ogórków, pomidorów i chleba bo hotel jakoś nie figurował w perspektywie. Dalej był zjazd, znowu przełęcz na ok. 2400, i zjazd (szybki) na 1600 w zasadzie. Wkoło ośnieżone góry itp. No i wieczór przyszedł, wiec przy rzece się rozbiłem (znaczy się śpiwór wyjełem). Umyłem się w strumieniu i upiekłem kabanosy rzecz jasna na ognisku. Zasypiając w jednej ręce trzymałem nóż, a w drugiej latarkę. Twardo było i zimno, ale przeżyłem jakoś.

W tym czasie podążałem śladem "Aliena w Iranie" - jechał tą samą trasą nawet tak jak ja na początku maja. Odcinek Esfahan- Shiraz szybciej zrobiłem w 4 dni (on w 5), ale miał namiot i kilka tysięcy kilometrów zrobione ze Szwecji za sobą.

6 Maja, Meymed - Yasuj, 90 km, 1813m brutto, 350m netto

O 6 rano obudzili mnie górale z owcami i psami. Kulturalnie wyjąłem resztki chleba i ogórki szykując śniadanie, ale psy przyszły i zeżarły jak byłem odwrócony. Ruszyłem wiec na Yasuj, która to drogę (słaby jakiś) mój poprzednik porzucił, bo za ciężka była:

On the road to Shiraz. Through the mountains via Semiran and Yasuj. The area is of rare beauty: rough nature, water(fall)rich area and very, very steep roads. Mother Earth has done her best on this part of Iran. But it is, I'd have to say, too heavy for me. It really isn't fun anymore. This is my day: One and a half hour walking up hill and then brakes on full down hill for ten minutes and then again uphill. Once my front rim gets so hot that I get a flat: the front tire melted. Mother Earth won; the last 75 km's I hitchhike to Yasuj with a truck. All those mountains has one advantage: and that is that the hills I thought of as steep/big mountains before Esfahan I now regard as what they are, just hills.

Mimo ciężkiej nocy dość sprawnie to przejechałem - nie było za trudno - jakąś przełęcz na początku tylko. W Yasuju najlepszy hotel znalazłem - 50 dularow chcieli. Jakiś taki typu orbis lata 70, ale z lekka zapomniany. Brudnawo, cos naprawiają taki syf ogólnie. Ale telefon mieli tonowy - to podzwoniłem i jakoś do rachunku nie dodali, wiec wyszedłem na swoje. Yasuj taki na uboczu wszystkiego, wodospady fajne maja, ale ogólnie prowincja - mimo, ze stolica jakiegoś stanu. Z wodospadów jakaś tajna policja jeepem mnie do miasta zawiozła - jedyny mój kontakt z authorities. Zjadłem ze 3 kilo arbuza, 10 pomarańczy i jabłek. Coś ręki nie czułem (zwłaszcza palca małego od prawej) i mnie to niepokoić zaczęło.

7 Maja, Yasuj - Shiraz, 170 km, 2000m brutto, -150 netto, prędkość maksymalna 80 km/h!!!

Do samego Shiraza dojechałem - wiec koniec już oficjalnej konkurencji - plan wykonany. Najpierw było bardzo stromo - pierwsze 80km dwie przełęcze 2400 i 2500 (z 1800). Na zjeździe z tej ostatniej 80 km/h osiągnąłem (dokładnie). Potem w miasteczku Arkadan (lub Semidan wg innego nazewnictwa) zjadłem ze 3 kebaby i z jakimś nauczycielem angielskiego pogadałem. Ale potem poza jednym podjazdem to w zasadzie cały czas w dól. Na końcu jeszcze dętka mi poszła już w Shirazie i jakiś facet z czerwonego półksiężyca się przyczepił i ciągle mi cos podawał, prawie koło rozwalił, a jak delikatnie chciałem go przegonić to mówił, ze musi mi pomagać, bo humanity to jego misja (?!). W Shirazie ruch duży, w hotelu Eram Shiraz się zatrzymałem - bardzo dobre miejsce, $25 ale internet, mówią po angielsku, wycieczkę zorganizują itp.

Do 10 maja w Shirazie siedziałem (chciałem jeszcze nad Zatokę Perską polecieć ale ciężko z połączeniami). Miasto spokojne, bezpieczne. W piątek (dzień wolny) było ciekawie. W mieście pełno parków i ogrodów i wypełnione one były (też wieczorem) szczelnie. Na trawnikach, co 2-3 metry rodzinki coś pichciły, dzieci grały w badmintona i w piłkę, inne na rolkach, lody, ciastka, karuzele, łódka na sadzawce - socjalistyczna sielanka. Wszystko jakieś nienaturalne bo trawniki czyste (psów tam nie mają bo Mahometa ugryzł kiedyś jeden) i wszyscy trzeźwi.

A jeszcze 9 Maja z Shiraz do Persepolis pojechałem, 50 km, 500 brutto, 300 netto

3 raz dentka mnie poszła jeszcze więc, z powrotem już taxi. Persepolis to ok 500 p.n.e., Xerksesy, Dariusze i inne zbudowali. Bardzo duży teren, dużo gruzu, kolumn i płaskorzeźb. Najfajniejsze wyryte napisy typu "tu byłem" ale np. z 1829 roku albo 1870 itp.

A podziękowania słuszne dla Miłosza i sklepu/serwisu rowerowego na Czerniakowskie, bo jakby cos pieprzło to ja nic naprawić nie umiem, a maszyna cala i zdrowa dojechała tam gdzie czeba. Dzięki!

Spieprzam z tego, Irana bo nie ma tu nic do chlania.