Ponieważ brak jest roamingu w Iranie to na bieżąco nadawałem na stronie swoje postępy przez modemowe połączenie w intrenet cafes. No i tą relację na żywo w dużej części tu żem przekopiował, więc są słowa typu jutro, teraz itp. Tak więc jest prawda życia - prawda ekranu.
W sumie: 890km, +800m netto, 9400m brutto (wyżej niż everest!), max prędkość była 80km/h! Iran bardzo OK do roweru, temperatury w górach znośne, kierowcy (poza miastami) rozsądni, drogi dobre, ludzie mili (rzadko do przesady). Mapy - do niczego.
Godzina 1.05. Wylądowałem na lotnisku w Teheranie. Sprawdzam czy rower jest cały. Czekam z tłumem Iranów przy belcie. Celnik pyta czy wiozę alkohol, pornografię, szach-maty czy karty... Mam wszystko!
No a następnie twardo ruszam do boju. Od razu na lotnisku mnie dociążyli! Za 200 US dostaje się ok. 1,5 kilograma banknotów z facetem w turbanie. Upchnął żem je w dresa, rower (bez skazy bo w folii lufthansy zapakowany) skrencilem i napompowalem i ready. Wszystkie kobiety w tych chustach, nawet aryjskie stewardesy zakutali. Na zewnątrz działało biuro podroży wiec zaprzyjaźniłem się z jakąś Ismela i jej pociesznym szefem no i pogadaliśmy z godzinę jak by tu jechać do Qom. Potem jej szef zaproponował, żebym zabrał ja do lechistanu a ona żeby szef odwiózł mnie na terminal. Szef kronzył po Teheranie z godzinę, w końcu wsadził mnie do budki gdzie poznałem parkingowych. One wsadzili mnie do autobusa i zapłacili no i tak znalazłem się w Qom o 6:30 rano (czyli 4:00 naszego) Spałem tylko 2 godziny wiec postanowiłem szybko jechać do celu (Kaszana, znaczy się Kashan). Przejechałem po tym Qomie, no faktycznie fanatyków sporo - chodzą z bębnami i kolumnami i walą się (z lekka) jakimiś pejczykami po plecach. Ogólnie święte miejsce. Trasa plaska, wiatr zmienny, przeważnie z tylu. Szybko to bym zrobił, ale dentka mnie poszła wiec tak godzinę dodałem (bo dokładnie żem robił). Krajobraz nudnawy, z jednej strony góry (nawet śnieg) z drugiej jakieś zaczątki pustyni. 119km wyszło wszystkiego ze średnią 21 (ale miasta w to wliczam, wiec normalnie było dość szybko). Kabanosy konsumowałem świeżutkie na bieżąco, bo sklepów niewiele, a jakiegoś jedzenia to w ogóle nie było. W Kaszanie milo - takie oazowe miasto, wszystko co czeba obejrzałem - jakiś meczet, targ i domy duże i bogate no i spać w końcu..
Pierwsze wnioski: - dla roweru jest bezpiecznie (nie gorzej niz. w Libanie/Syrii). Trzeba unikać centrum miasta w godzinach porannych (7-8 i wieczornych 19 i potem). Poza tym naprawdę OK, zero problemów. - drogi - super - ludzie jak już się zatrzymasz zagadują - ale dzieci biegnących za, kamieni itp. to nie ma - naprawdę bardzo spokojnie. - Czysto jest bardzo na ulicach i drogach (nawet w porównaniu z Lechistanem) - mało hoteli, sklepy miejscowości oddalone - trzeba wozić zapas. Jutro ruszam w kierunku eeeStefana (Esfahan) - w sumie jest ze 230 - i naprawdę góry wiec podzielę na dwa.
A jeszcze w Kashanie jakieś dziwne obrzędy odprawiali. Nie wiem czy to lokalne czy tak zawsze, ale ciekawe. Krążył w kolko koń z matom pobrudzonom czerwono farbo, dalej jakiś niby trup tez pokrwawiony, a razem z tym nosili taka platforme z kogutami z metalu z piórami kolorowymi (kształt z Kazimierza). Widziałem to w wersji malej (przy jakimś meczecie) i dużej na głównym placu.
2 Maja, Kashan - Abyanech, 95 km, różnica poziomów - 1386m brutto, 1300m netto
Dalej na południe - z Kashan na Esfahan. Chciałem zjechać w stronę Abyanech tak 60 km za Kashan w góry na prawo, a w Abyanech (20km od drogi) zobaczyć, czy dam rade jeszcze dalej na wschód przez góry. Abyanech polecali, ze fajna górska wioska z błota w zasadzie zrobiona. Niestety błędy same popełniałem. Najpierw legularnom krentom drogom jechałem - w gore i w dol, ale zawsze pod ostry wiatr (15km/h się wyciągało na płaskim). Potem skrzyżowałem się z autostradom (której nie miąłem na żadnej z 4 map), więc wjechałem na nią, a ona akurat oddaliła się od zjazdu na Abyanech. Tak wiec w końcu nadłożyłem 15km, z czego 10km alternative road (kamienie i pyl) dojazdu z powrotem z autostrady na legularna drogę. Wjazd do Abyanech miął wiec w sumie 30km i 1050 różnicy poziomów! Sama wioska jest na 2250! Pod koniec już naprawdę było ciężko. Na jednym z odpoczynków to położyłem się na chwilę i zasnąłem. W Abyanech na szczęście jakiś hotel był, gdzie młodzież emocjonowała się irańskim teledyskiem nagranym w Kalifornii (na komputrze).
Ludzie ciągle mili, 2-3 razy może trochę za bardzo zainteresowani i zaangażowani (telefony, adresy itp.), ale ogólnie dają żyć, bez problemów. Duży problem to brak sklepów po drodze - ludzie tam maja ze sobą prowiant i herbatę, dla mnie to trochę trudniejsze.
3 Maja, Abyanech - Esfahan, 124 km + 50 km taxi, różnica poziomów 1400m brutto, - 600 netto
Bladym świtem obszedłem te wioskę - b. fajna, całkiem spora. Domy różne - naprawdę z gliny, ale tez trochę odnowionych. Doczepione do nich drewniane balkony. Kobiety maja kolorowe chustki i spódnice (!), Czerni w zasadzie nie widać. Mężczyźni spodnie jeszcze szersze niż ja. Super meczet, z basenikiem na dziedzińcu, a przez filary podpierające daszek widać góry ze śniegiem i jakąś warownie na przeciwległym stoku. Bardzo pusto, ale chyba, dlatego, ze sobota - w przeddzień dużo samochodów zjeżdżało, ludzie robili pikniki przy rzeczce itp.
Niestety, drogę dalej na wschód (najkrótsza) zdecydowanie odradzono (mimo, ze byłaby już w zasadzie w dol.) jako bardzo alternative. Musiałem wiec wrócić w dol. (czyli zrobiłem ok. 50km dodatkowo, co skwapliwie notuje w pozycji kredyt). i jechać drogom legalnom do Esfahana. Trochę było wspinania, nakupiłem się wody, soków i batonów i jak na złość, co chwilę niemal jakieś sklepy były. Przez główne góry przejechałem w miarę bez problemów, przełęcz była na wysokości 2150m, ale przez płaskowyż, wiec nie było dramatycznych widoków. Zjazdu niestety nie wykorzystałem do końca, ostatnie 50km przejechałem pick-upem (odebrałem Abyanech), bo przed Esfahan jakieś strefy przemysłowe, lotniska itp.
Sam Esfahan - bardzo żywy i ładny. Wieczorem jakiś spacer po mostach (mają stare - nawet jeden 12 wiek). Rzeka, która wg lonelyplanet miała być wyschnięta płynie wartko. Chciałem rower wodny pożyczyć, ale zrezygnowałem. Obiadek w jakimś restaurancie niby super jadłem, ale chyba oni nie maja tu tradycji "dining", wszystko dają naraz i oczekują błyskawicznej konsumpcji. Herbata za to super, zwłaszcza z takim żółtym cukrem chyba krystalizowanym z imbirem czy szafranem(?). Hotel sobie elegancki wziełem tym razem - Abbassi, ma patio z fontannom, kwiatkami itp., wystrój elegancki i tam dalej, gatki se uprałem w końcu i koszulkie bo śmierdziały już strasznie.
4 Maja, Esfahan - Shahreza, 80km, różnica poziomów 500m brutto, 100m netto
Dziś to pisze z rana z hotela, zaraz idę na pół dnia pochodzić po mieście a potem raczej krotki etap zrobię - 60-70km. Celuje by ok. 9 maja być w Shiraz, ale z opisów wygląda, że będzie ciężko. Kolana trochę bolom, ale żyje. Arcalen wykorzystuje aktywnie - pomaga cudowna maść jak zwykle. Niestety ze zdjęciami ciężko - bo jakoś nie mogę znaleźć softwaru do aparata - tylko update - Mateo - jakby, co to Pentax Optio 430RS jakbyś linka znalazł - MATEO DZIEKI, JESTES WIELKI, ja, co prawda to samo znalazłem i zgrałem, ale myślałem, ze to tylko update.
No a po południu pojechałem na krotki etap do Shahreza (rżnąc Szacha?). Trasa była łatwa, no i przed zmrokiem byłem. Zjadłem i szukam hotelu naiwny. Ludzie dziwnie reagują na pytania, ale wygląda (i na mapie tez), ze jakiś hotel musi być. W końcu do grupki, z która zażarcie dyskutuje przyjeżdża jakiś facet na rowerze i pyta "what do you want?". Mowie normalnie, ze hotela, a on, w pędzie na rowerze krzyczy "come to me!". Nie wiem, co to znaczy, ale, ze był pierwszy, z którym kontakt werbalny nawiązałem to gonie. W jeździe równoległej wyjaśnił mi, ze mam spać u niego w domu, o 3 lata temu był jakiś Japończyk rowerzysta spal u niego i było "ocze" - to po persku OK. Khosro najpierw popędził (a ja za nim) pokazać mi swój biznes. W pokoiku siedziało 5 młodych ludzi, a za biurkiem stary i pili herbatę. Biznes wydal mi się znakomity, posiedzieliśmy trochę i pojechaliśmy dalej. Zajechaliśmy do kuzyna Khosro, który był pułkownikiem jak był młodszy, a teraz sprzedawał zeszyty i ołówki. To tez był świetny biznes i tez posiedzieliśmy. Kiedy po godzinie wyjaśniłem w końcu, ze jestem Lachestan a nie Holland, Khosro powiedział, ze w Lachestanie był świetny wódz Lech Mandela i ze takiego brakuje w Iranie. I w ogóle, ze Irany, Iraki i Turki są dobre, a Bush, Chomeini i Saddam źli. W domu poznałem żonę, córkę i syna, zjedliśmy i sprawnie spać. Bardzo to wartościowe poznać bliżej mieszkańców obcego kraju.
5 Maja, Shahreza - jakaś wyschnięta rzeka obok Meymed, 157 km, różnica poziomów 1855m netto, -250 brutto
Ruszyłem przed 8 na Semidan (czy cos) w góry Zagros. Najpierw przełęcz na 2400, potem 2630 i zjazd. Dosyć dobrze się jechało. W Semidanie zjadłem i była 14, wiec myślę jechać. Nakupiłem czekolad (niedobre czekoladopodobne), ogórków, pomidorów i chleba bo hotel jakoś nie figurował w perspektywie. Dalej był zjazd, znowu przełęcz na ok. 2400, i zjazd (szybki) na 1600 w zasadzie. Wkoło ośnieżone góry itp. No i wieczór przyszedł, wiec przy rzece się rozbiłem (znaczy się śpiwór wyjełem). Umyłem się w strumieniu i upiekłem kabanosy rzecz jasna na ognisku. Zasypiając w jednej ręce trzymałem nóż, a w drugiej latarkę. Twardo było i zimno, ale przeżyłem jakoś.
W tym czasie podążałem śladem "Aliena w Iranie" - jechał tą samą trasą nawet tak jak ja na początku maja. Odcinek Esfahan- Shiraz szybciej zrobiłem w 4 dni (on w 5), ale miał namiot i kilka tysięcy kilometrów zrobione ze Szwecji za sobą.
6 Maja, Meymed - Yasuj, 90 km, 1813m brutto, 350m netto
O 6 rano obudzili mnie górale z owcami i psami. Kulturalnie wyjąłem resztki chleba i ogórki szykując śniadanie, ale psy przyszły i zeżarły jak byłem odwrócony. Ruszyłem wiec na Yasuj, która to drogę (słaby jakiś) mój poprzednik porzucił, bo za ciężka była:
Mimo ciężkiej nocy dość sprawnie to przejechałem - nie było za trudno - jakąś przełęcz na początku tylko. W Yasuju najlepszy hotel znalazłem - 50 dularow chcieli. Jakiś taki typu orbis lata 70, ale z lekka zapomniany. Brudnawo, cos naprawiają taki syf ogólnie. Ale telefon mieli tonowy - to podzwoniłem i jakoś do rachunku nie dodali, wiec wyszedłem na swoje. Yasuj taki na uboczu wszystkiego, wodospady fajne maja, ale ogólnie prowincja - mimo, ze stolica jakiegoś stanu. Z wodospadów jakaś tajna policja jeepem mnie do miasta zawiozła - jedyny mój kontakt z authorities. Zjadłem ze 3 kilo arbuza, 10 pomarańczy i jabłek. Coś ręki nie czułem (zwłaszcza palca małego od prawej) i mnie to niepokoić zaczęło.
7 Maja, Yasuj - Shiraz, 170 km, 2000m brutto, -150 netto, prędkość maksymalna 80 km/h!!!
Do samego Shiraza dojechałem - wiec koniec już oficjalnej konkurencji - plan wykonany. Najpierw było bardzo stromo - pierwsze 80km dwie przełęcze 2400 i 2500 (z 1800). Na zjeździe z tej ostatniej 80 km/h osiągnąłem (dokładnie). Potem w miasteczku Arkadan (lub Semidan wg innego nazewnictwa) zjadłem ze 3 kebaby i z jakimś nauczycielem angielskiego pogadałem. Ale potem poza jednym podjazdem to w zasadzie cały czas w dól. Na końcu jeszcze dętka mi poszła już w Shirazie i jakiś facet z czerwonego półksiężyca się przyczepił i ciągle mi cos podawał, prawie koło rozwalił, a jak delikatnie chciałem go przegonić to mówił, ze musi mi pomagać, bo humanity to jego misja (?!). W Shirazie ruch duży, w hotelu Eram Shiraz się zatrzymałem - bardzo dobre miejsce, $25 ale internet, mówią po angielsku, wycieczkę zorganizują itp.
Do 10 maja w Shirazie siedziałem (chciałem jeszcze nad Zatokę Perską polecieć ale ciężko z połączeniami). Miasto spokojne, bezpieczne. W piątek (dzień wolny) było ciekawie. W mieście pełno parków i ogrodów i wypełnione one były (też wieczorem) szczelnie. Na trawnikach, co 2-3 metry rodzinki coś pichciły, dzieci grały w badmintona i w piłkę, inne na rolkach, lody, ciastka, karuzele, łódka na sadzawce - socjalistyczna sielanka. Wszystko jakieś nienaturalne bo trawniki czyste (psów tam nie mają bo Mahometa ugryzł kiedyś jeden) i wszyscy trzeźwi.
A jeszcze 9 Maja z Shiraz do Persepolis pojechałem, 50 km, 500 brutto, 300 netto
3 raz dentka mnie poszła jeszcze więc, z powrotem już taxi. Persepolis to ok 500 p.n.e., Xerksesy, Dariusze i inne zbudowali. Bardzo duży teren, dużo gruzu, kolumn i płaskorzeźb. Najfajniejsze wyryte napisy typu "tu byłem" ale np. z 1829 roku albo 1870 itp.
A podziękowania słuszne dla Miłosza i sklepu/serwisu rowerowego na Czerniakowskie, bo jakby cos pieprzło to ja nic naprawić nie umiem, a maszyna cala i zdrowa dojechała tam gdzie czeba. Dzięki!
Spieprzam z tego, Irana bo nie ma tu nic do chlania.