Do domu • Zdjęcia

Klub Wyżej-Dalej-Mocniej

Nazwa tej strony została wymyślona bardzo dawno temu przez koleżanki określające tak niewinne wycieczki pod namiot w śniegi i inne tego rodzaju zabawy. Tu też będą lądowały logi z krótkich wycieczek dalekich (200km+), lub wysokich.

14 lipca 2003, Ustka - Płońsk (371km w 16h)

To najnowsze osiągnięcie. Miało być Ustka-Łomianki (430km mniej więcej), ale paniczna rodzina wysłała braci z samochodem, którzy zdjęli mnie piętnaście kilometrów przed Płońskiem. Szkoda. Ale dzięki temu w przyszłości nie będziemy musieli jechać z Łukaszem Chojeckim 500km jednego dnia...

W Kościerzynie czas wartko płynie,  114km, średnia 27.98km/h

Numerki na mapie powyżej oznaczają przystanki dłuższe niż kilkadziesiąt sekund. Cały bagaż to kilka bułek, dwa snikersy, trochę kabanosów, dętka, łatki, wielozadaniowy zestaw narzędzi (nie przydały się), łańcuch do przypięcia (nie przydał się), naoliwiony łańcuch - starczyło smaru na całą drogę, radio za 5zł ze słuchawkami (do kitu, działa tylko w Warszawie). Zero ubrania dodatkowego, tylko kask (bardziej szumi w uszach od niego), koszulka, pampersy, buty SPD (uprane po latach). Wyjazd o 4:05, pobudka o 3:30, świta. Cisza, szum wiatru w paskach w kasku. Mgły, resztki dwóch samochodów przed Słupskiem, trasa fantastyczna zaraz za Ustką. Potem gorzej, ale tylko trochę. Sporo górek zdradzieckich. W niezłej formie dojeżdżam do Kościerzyny. Tam posiłek - serek-kupa, pół chleba (pyszny!), pomidor, woda. Dokupione dwa Snickersy.

Z okładki El Dupa (C) SP Records 2000Jestem w Skórczu ale bez skurczu, 170km, 6h 10min jazdy, 27,64km/h średnia

Jakoś tak trochę trudniej, średnia spada i to całkiem szybko, ale nadal ponad 27km/h niewiele. Świadomość celu tego etapu dodaje jednak sił. Nigdy tak nie cieszyłem się ze Skórczu. Jedzenie przy cmentarzu radzieckich żołnierzy.

Grudziądzu, Grudziądzu, czy w Tobie nie zbłądzu? 215km, 27,46km/h średnia

Dosyć krótki odcinek, tym bardziej że trasa numer 1 to czysta przyjemność: szerokie pobocze, raz i drugi podmuchy mijających (ale w bezpiecznej odległości) tirów. Bardziej w dół, niż w górę - to może tam stuknął 57km/h rekord, ale kiedy, to nie zarejestrowałem. Może rozmawiałem przez komórkę? Wjazd z jedynki do miasta beznadziejny - wąsko, dziurawo, tiry, most gdzie trzeba zjechać na chodnik. Na szczęście krótko. Jedzenie przy trasie wylotowej z Grudziądza na Rypin (łatwo trafić) ze sklepu z przemiłą panią sprzedawczynią (można wprowadzić rower). Nie pamiętam nazwy, obok był jakiś kamień pamiątkowy. Grudziądz nad Wisłą piękny.

W Golubiu-Dobrzyniu znów nie zjadłem budyniu 270km, 27,17km/h średnia

Początek trudny, wiatr chyba nie bardzo, nogi trochę zastałe. Zjadam ostatniego Snickersa, a więc króciutka przerwa po słabym początku dla uzupełnienia zapasu słodyczy i soku pomarańczowego. Pawełki są dobre, ale nie do kieszeni na plecy - rozciapciują się za bardzo i w dużych ilościach przestają smakować. W Wąbrzeźnie mijam grupę cyklistów-turystów, ale stojących, migają więc mi tylko. Potem rozkręcam się i jest znacznie lepiej, na tyle dobrze, że aż żal stawać w Golubiu, ale jako, że mam już wierszyk i okolica piękna to jednak staję. Czwarty postój w Golubiu-Dobrzyniu (świetny zjazd na około wzgórza zamkowego i niewielki podjazd potem) uświadamia mi, że mogę mieć kłopoty z przejechaniem przerażającego odcinka do Płońska przed zmrokiem.

W Sierpcu kupiłem dzieciom po kierpcu: 18:19, 327km, 26,86km/h średnia

Kolejny odcinek to walka z okropnie bolącym karkiem. Ale wyszło słońce i wiatr przestaje wiać. Przez jakiś czas jadę po mokrym czymś na chropowatym (okropnie-okropnie) asfalcie. Tylne koło ślizga się, może to ropa albo olej? Mnóstwo sprzedawaczy jagód. Bieda, kupiłbym nawet, ale zostałaby z takiego słoika papka. Ból karku staje się nie do zniesienia. Przy skrzyżowaniu z 10-tką w Sierpcu walę się na trawie przy stacji RG. Dwa Pawełki (ohyda!), resztka soku pomarańczowego. Nie wiedziałem wtedy, że jest w Sierpcu browar dobry.

Koło Płońska miała być Pawełków dawka końska: 20:00, 371,27km, 26,88km/h średnia

Tego odcinka bałem się przez całą drogę, ale okazuje się nie taki straszny. Ruch spory, tirów dużo, nie da się jechać przy krawędzi, bo koleiny, ale świeci ostre, zachodzące słońce w plecy, więc mnie widać. Dłuży się czas nieco, ale presja rodzinna staje się coraz większa (jak będziesz miał kryzys to powiedz, z Płońska cię wziąć, itd). Średnią trzymam całkiem nieźle, chyba nawet delikatny wiaterek się pojawił w plecy. Widać, że mam sporą szansę na trasę gdańską przed zachodem słońca. 15km przed trasą jakiś baran trąbi. Pusto, może wyprzedzać jak chce. Znowu trąbi. Głąb. Dojeżdża - a to Michał ze Stasiem z butelką dużą Arctica: "Ragazzo!!". Biorę butelkę, chcąc trochę jeszcze pojechać, ale spadam z asfaltu, więc stajemy. No i załadowałem się do środka i dojeżdżamy do Łomianek. Z 400km nici!

Podsumowanie: Ustka - Łomianki to jak wypić cztery szklanki

dystans: 371.27km
średnia: 26.88km/h
czas jazdy: 13h 48min (razem z postojami 16h)
max: 57km/h (kiedy????!?!?)
postojów (nie licząc tych "na chwilę, przy drodze"): 5

Tempo, przy takim wietrze jak wiał (słabiutki, z boku, czasem bajdewind, czasem ciut z tyłu) idealne - 27km/h można jechać średnio bez skurczy (w Skórczu) nawet samemu. Największy problem to obtarcia, wytrzęsienia i inne bóle.

Kark: problem numer jeden, ale to prędko przechodzi, może więc do przyzwyczajenia przy częstszych wypadach. Podobny problem z krzyżem, ale tu nie boli tak bardzo.

Ręce: problem numer dwa. Tu jest gorzej. Dzień po jeździe, ciągle tracę czucie w palcach, choć i tu się poprawia. Nigdy z tym nie miałem problemu, pochylonego siodełka do przodu nie mam, pozycji dla rąk na wygiętej kierownicy jest dużo, ale po 300km każda jest bardzo zła. Bolą też ramiona, choć mniej. Ale te bóle pojawiają się bardziej po jeździe.

Tyłek: Brooks jest super. Obtarcia są, ale bezbolesne i malutkie. Siedzenie nie boli bardziej od siedzenia kilkanaście godzin w autokarze. A tu przynajmniej można wstać z siodełka i popedałować na stojąco.

Brzuch: trochę bolał na postojach, podejrzewam, że od zmarznięcia na wietrze. Polecam ciepłą kawę/herbatę gdzieś.

Nogi: Zero problemów. Malusie zakwasy rano. Ale przy wcześniejszych wypadach różnie bywało. Najwyraźniej jednak 2x17.5km dziennie przez trzy miesiące zupełnie wystarcza do takich przejazdów.

Jedzenie: Od słodkich rzeczy robi się niedobrze. Lepsze są bułki, choć te pewnie wolniej działają. Za to można je bardzo posolić, co robiłem, może dzięki temu nie było skurczy. Woda, sok.

Czas: To jest duży, jeśli nie największy problem. Przy średniej 25km/h (na prawdę było prawie 2km/h szybciej, ale tak się lepiej i bezpieczniej liczy) 400km to 16h jazdy non-stop. Nawet przy nielicznych postojach, to i tak daje 18h minimum. A więc trzeba wyjeżdżać bardzo rano - lepiej się jeździ przed świtem niż po zachodzie (mniejszy ruch).

Warszawa-Mazury-Warszawa w weekend

Prolog: 1998

Warszawa - Legionowo - Serock - BUM! - Warszawa

Ta wycieczka zaczynała się dwa razy. Raz w 1998 roku, jeszcze na Złotym/Pomarańczowym rowerze. Wyruszyliśmy w czwórkę, Artur Radziwiłł (na przymałym rowerku, po długiej przerwie), Chomik i Kuba-Jaś. Artur zostawał strasznie z tyłu, szczególnie na podjeździe za mostem a przed Serockiem, co było wstrząsem dla mnie - zawsze miał stalowe nogi i skłonności do zrywania łańcuchów i łamania korb. W Serocku zrobiliśmy przerwę zastanawiając się co dalej, bo było już późno. Po decyzji o noclegu u Chomika na działce ruszyliśmy raźno dalej. Za raźno jak się okazało. Za Serockiem jest szybki zjazd do krzyżówki w Wierzbicy, gdzie nie zorientowałem się, że Cinquenento hamuje przed pasami. Kiedy się zorientowałem, hamulce (nigdy nie były dobre) nie miały już żadnych szans i gruchnąłem w tył.

Rama i widelec się pogięły, koło o dziwo pozostało w całości (sam naciągałem). Nos złamany, trochę mdłości, ale bez przesady i bez przemieszczeń większych.

Agnieszka przyjechała jeszcze wieczorem, wróciliśmy rano, ale nie wszyscy. Najlepsze było to, że wolnojadący Artur, z ruszającą się na boki korbą zaparł się i popedałował na Mazury w deszczu.

2 maja 2000

Łomianki - Nowy Dwór - Przasnysz - Szczytno - Działka (215km)

Wyjazd poranny, razem z Łukaszem Chojeckim, na górskim rowerze, z moim kołem przednim i slickiem Dębicy. Trasę mieliśmy wytyczoną w Autoroucie, co trochę bolało, bo zaprowadziła nas malowniczymi ścieżkami w piach przed Przasnyszem. Tam w jakiejś mazowieckiej wsi byliśmy świadkiem rozmowy: "Pocoś to piwo kupował, za 20 zł to możnaby całą skrzynkę wina dostać". Wiatr się wzmagał, maleńkie skurcze łapały. Chwila prawdziwej słabości była jakieś 60km przed Szczytnem (60 KILOMETRÓW???). Szyja bolała bardzo od szosowego roweru (znałem każdą ryskę na przedniej piaście Campagnolo). Zapięcie VP-SPD pękło przed Szczytnem, następne 1000km jeździłem z niezapiętą lewą nogą.

Cała droga Przasnysz-Szczytno jest śliczna, lasy, pola w około, ruch niewielki. Obiadek w Szczytnie, potem wśród jezior i po wzgórzach mazurskich na miejsce, gdzie trochę znów pobłądziliśmy na bruku. Przedtem spotkaliśmy górskich ślicznie ubranych cyklistów, którym się wyścigów zachciało. Pojechaliśmy naprzód, ale do bruku był remis, a potem sobie darowaliśmy.

Na miejscu ognisko, kąpiel w jeziorze (zimno) i sen błyskawiczny na jakiejś podłodze.

3 maja - powrót

Działka - Szczytno - Pułtusk - Legionowo - Warszawa (195km)

Jechało się doskonale, nieco krócej, bo główną drogą i bez błądzenia. Śladu skurczów, Łukasz może ciut-ciut zostawał z tyłu na podjazdach. To chyba jedyny raz w życiu, kiedy zostawał gdziekolwiek z tyłu. Podczas maxerskiej wycieczki kolarskiej dwa lata później (na prędkość, nie na odległość), dał mi taki wycisk - skończył ze średnią ponad 30km/h i 90km, mimo mojego spowalniania do Legionowa - że ledwie dowlokłem się przez Tarchomin do promu.

Pyszna rybka za Serockiem, przed zjazdem na most.

Podczas tego wyjazdu wymyśliliśmy zestaw do wyrównywania równowagi osmotycznej podczas długotrwałych wysiłków: paluszki i piwo. Najlepiej było w Lasku Bielańskim gdzie chwilę jechaliśmy ścieżką rowerową, wśród niedzielnych rowerzystów - wyglądaliśmy jak idioci w kolarskich koszulkach itd ("wybrali się mądrale do Araba").

Inny link do strony, gdzie dwóch masterów zrobiło 307km jest tu