Do domu • Zdjęcia • O kraju

Kosowo, 5-12 czerwca 2005

Słownik albańsko-polski

Albański Fonetycznie Polski
Faliminderit Felemindere Dziękuję
Mirë menxhes Mir mendzes Dzień dobry
Mirë mbrëma Mir mbrema Dobry wieczór
Mirdita Mirdita Cześć, uniwersalne powitanie
Diten e mirë Dite ne mir do widzenia
Të lutem Te lutam Proszę? (mów bo cię lutnę)
Falëm Falem Przepraszam
Shumë mirë szu mir Bardzo dobrze
Dua të jetoj më mirë dua te jetoj me mir [pierwszy czytelnik który napisze co to znaczy wygrywa flaszkę birrë e Pejes, radzę się spieszyć, bo niepasteryzowane]

Niektórzy czytelnicy domagali się mniej o rowerach, bardziej o ludziach itd. No to proszę bardzo, dzięki Żonie Kochanej, log będzie nietypowy. Jej teksty (brązowe) przeplatane będą moimi, czarnymi. Zainteresowanym alternatywnymi formami edukacji przedszkolnej w Kosowie polecam jej raport evaluacyjny. Tu jest plik kmz z wycieczki. Waypointy z numerkami to właśnie te hotele, stacje, sklepy, itd, ale nie chce mi się tego już robić.... Nieposiadający google earth, mogą użyć tego linku do Maps.

Niedziela 5 czerwca 2005

W samolocie, obok mnie siedziała pani, która widząc moje materiały, zagadnęła mnie i okazało się, że ona jest z World Banku i jedzie odwiedzić ten sam program, co ja. Elena, Włoszka, skończyła socjologię w Egipcie i jest independent consultant.

To jest pierwszy kraj, który odwiedzam i o którym tak dalece nie mam pojęcia. Nie znam historii, obyczajów, nawet podstawowych słów. Wiem że tak i nie to jest jo i po, ale nie wiem, które jest które (jo to nie).

Zgubiła się moja torba. Nie doleciała z Wiednia (a może z Warszawy). Mają jej jutro szukać, ale czy znajdą. Na razie staram się nie martwić, ale tam są przecież wszystkie moje najważniejsze papiery oraz najpiękniejsze ubrania!

Kosowo – jakie jest?
Jak się je ogląda za góry, to ładne, zielone, górzyste, widać też wszędzie czerwone, ceglaste domy i dachy.

A z dołu? Trochę gorzej. Zaniedbane jest bardzo – na lotnisku wokół pasów startowych trawa po kolana, taka „roślinność ruderalna” jak powiedziałaby Delicja. Te czerwone domy to szał metrów, kubatury, ale przez to nie widzieliśmy żadnego domu, który byłby skończony. Dużo też jest domów zburzonych, widzieliśmy jedną cerkiew po drodze, też zburzoną. Według strony XXX, w polskiej strefie w Kosowie nie zniszczono żadnej cerkwi, ale może to dlatego, że w Mitrovicy najwięcej Serbów, więc nie ma komu niszczyć.

Jest mnóstwo stacji benzynowych, tutejsi mówią, że za dużo.

Przy drodze, co kilka, kilkanaście kilometrów pomnik ku czci poległych mieszkańców. Trochę, jak w miastach Francji, Niemiec z czasów wojen światowych, ale robi wrażenie, bo to świeża historia. Na granitowych nagrobkach (po drodze kilka fabryk) obrazki zmarłych, niektóre z karabinami, inne zupełnie groteskowe. Na niektórych pomnikach sztuczne wiązanki obleczone folią.

Wylądowaliśmy niedaleko Pristiny, ale nie wstępowaliśmy tam, tylko od razu pojechaliśmy na zachód, w stronę Albanii. Teraz jesteśmy w Pei (Pejë), u podnóża wysokich gór, gdzie robią podobno najlepsze piwo w Kosowie. Anita i Nani przyjechali po nas land-roverem, Mateusz nie musiał więc pedałować (Defender, wersja 130, długa, pickup, biały, jak będę bogaty to taki kupię). Ale jutro się zacznie. Ja do pracy na 9, a on na rower nie wiadomo gdzie.

Anita odstawiła nas do hotelu GOLD przy głównej, bardzo ruchliwej ulicy. Jesteśmy chyba jedynymi gośćmi.

Wyszliśmy na miasto.
Nic nie rozumiem, co ci ludzie mówią. Ciekawie jest patrzeć na ich twarze, różne w sumie od tych rysów, które znam. Młode dziewczyny – wszystkie w dżinsach i obcisłych kolorowych bluzkach (cała konfekcja to import z Turcji. Mniejszość turecka tutaj to około 3% ludności, ale za to jaka operatywna).

Dziewczyny mają długie czarne włosy, modnie wystrzyżone. Nie garbią się i chodzą na obcasach. Kokietki (a już najbardziej to te bliźniaczki z dzieckiem z lotniska w Wiedniu i Pristinie – im też zginął bagaż;). Może to wszechobecni żołnierze z całego świata tak na nie działają? To nie jest kraj nijakich ludzi: dziewczyny ładne (choć nie tak jak żona), a chłopaki przypakowane.

Do kogo są podobni? Trochę do Portugalczyków, ale przypominają też Cyganów. My chyba też wydajemy się im jacyś inni, bo dzieci uważnie nam się przyglądają, uśmiechają się.

Nie ma chodników, ani dobrego asfaltu. Dużo pyłu i kamieni, gruzu. Dobry asfalt jest, ale poza miastami. Ale o tym za chwilę.

Życie nocne kwitnie, ale ja przez to nie mogę spać. Ale basy mają w tych samochodach! I jeszcze te agregaty czy generatory, jakkolwiek je zwał, to hałasują okropnie.

6 czerwca 2005, poniedziałek

„Pada, pada nieustannie, gdybym wyszła, także na mnie…”, więc w zasadzie cały dzień przesiedziałam w biurze, za to Mateusz wyszedł, a jakże, i tryknął 105 km.

No to teraz ja. 105km w ulewie bez przerwy. Nie było na szczęście zimno (jeszcze), więc obyło się bez skurczy, ale w sumie miewałem przyjemniejsze dni na rowerze. Nawierzchnia poza miastami jest od dobrej do bardzo dobrej, przynajmniej na drogach dotąd. Poboczy nie ma, ale rekompensują to z nawiązką kierowcy, którzy mijają rowerzystów z daleka, trąbiąc czasem ostrzegawczo. Nawet malusia dróżka którą jechałem na końcu (ta, której nie ma na Michelinie poniżej, w lewo na północ od Kliny) była najpierw znośna, a potem super. Sytuacja jest nieco inna w miastach. Jeśli ktoś lubi jazdę w tłumie samochodów, w rzece błota, z dziurami poukrywanymi sprytnie, a ze studzienkami wywiezionymi przez Chińczyków dla sycenia ich koniunktury na stal, to polecam gorąco Dakove, czy Dećani.

Tu dygresja nomenklaturowa. Nie sposób poprawnie nazwać miasta w Kosowie. Zaczynając od nazwy kraju (Kosovo, Kosove, czyli Kosowa) wszystko jest w trzech lub więcej wersjach. Na mapach jest raczej po serbsku, na tablicach jest po albańsku i po serbsku, ale jakoś inaczej niż na mapach. Jeśli więc nie chcesz obrażać większości albańskiej, to musisz nazywać miasta tak, że nikt ich nie znajdzie na mapie. Trudno.

Rejon dzisiejszej jazdy (Pejë (to po albańsku) - Dakovica (to po serbsku, ale nie wiem jak jest po albańsku) - Klina) to najbardziej nizinny rejon całego kraju - poza jednym wyjątkiem poniżej 600m. Góry majestatyczne ukryły się w majestacie chmur. Ślady po wojnie to wszechobecne ciężarówki KFOR (strefa włoska), w tym dwójki i trójki przeciw-minowe: opancerzony samochodzik z flagą "miny", za nim zawsze ambulans wojskowy. Był też most z kratownicy stalowej, obok zburzonego betonowego, przed nim, niczym słupki na chodniku osiedlowym, 1,5m betonowe czworościany przeciwczołgowe.

Na lewo od głównej drogi Pejë-Decani heritażny center. Nie wiem do końca, czy chodziło o to, co zobaczyłem, ale zobaczyłem meczet i śliczną kamienną wieś. Mieszkańcy wierzą w powiedzenie my house is my castle - mury posesji mają 2.5m, bramy, lite, metalowe, albo rzeźbione drewniane, są jeszcze wyższe. W/g mapy (na Michelinie wcale nie ma) droga zupełnie boczna, ale asfalt był bardzo dobry.

Czuję się dziś jak ta ruda z „5 elementu”, bo w ciągu jednego dnia próbowałam dowiedzieć się wszystkiego o Kosowie: historia, problemy społeczne, struktura zarządzania, kompetencje władz lokalnych itp.

Poziom rozwoju cywilizacyjnego można poznać po stanie uzębienia mieszkańców. Nie są to już niczym nieskażeni mieszkańcy wsi (faza agrarna już minięta), a jeszcze nie mają szans na profilaktykę. Toteż pewnie nieźle się mają tutejsze dentystki, 3 z nich to Polki, jak się okazało.

Bagaż się znalazł, ale nie zadzwonili w tej sprawie do mnie na komórkę, którą podałam, tylko jakimś cudem dotarli do ING w Warszawie. Lubią wyzwania w tych Austrian Airlines.

Ludzie, z którymi tu pracuję, są bardzo życzliwi i uczynni. Ciągle mnie pytają jak się czuję, czy mogą mi pomóc, proponują, że zrobią mi herbatę itp.

W Kosowie młodzi ludzie prawie wszyscy mówią po angielsku, a przynajmniej rozumieją. To podobno wpływ filmów video i teledysków, które namiętnie oglądali na początku lat 90 tych, gdy nie było innych rozrywek. To rozumienie przez wszystkich to też podobno.

Pan w hotelu umarłby z nudów gdyby nie my. Jak wchodzimy, cieszy się. Jest naszym autorytetem w kwestiach językowych, co chyba go bawi.

7 czerwca, wtorek

Tu będą głębokie rozważania o zepsuciu instytucji międzynarodowych, o ciekawostkach telefonii GSM w Kosowie, oraz o wizycie w ośrodku szkolno-przeszkolnym koło Pristiny, oraz o odwiedzinach u albańskiej rodziny. Ale Agnieszka musi najpierw zjeść sałatkę. Rower sechł, jeździliśmy Land Roverem (we trójkę na przedniej kanapie).

Moje spotkanie z Magdą w Pristinie nie nastroiło mnie zbyt wesoło co do perspektyw Kosowa w ogóle i efektywności zarządzania krajem przez UNMIK. Jeden przykład (uczciwie rzecz biorąc, wiele innych nie przychodzi mi do głowy): w Kosowie funkcjonuje jeden operator komórkowy: Monaco. Kontrakt dostali, gdy szefował UNMIKowi jakiś Francuz. Będąc jedynym operatorem, chłopaki zarabiają setki milionów euro rocznie, przy olbrzymich brakach w infrastrukturze: GPRS? a co to takiego? Mamy takie, no, SMSy, ale nie zawsze dochodzą. Przetarg na drugiego operatora został z niewiadomych powodów unieważniony. Kosowski budżet nie dostanie ani zaplanowanych 6-9mln euro ani kilkunastu milionów, które tak naprawdę warta jest licencja. Jedynym który zyskał na odwołaniu przetargu jest obecny operator (i urzędnik który wziął w łapę), stracił budżet, Kosowianie i przyjezdni. Na szczęście (dla nas, roamingowców), w dużej części kraju można złapać sygnał sieci serbskich, czarnogórskich, czy macedońskich - a tam MMSy, GPRS (tak właśnie wrzuciłem ten plik!), co tylko chcecie. Pokątnie można kupić kartę, tamtych operatorów (choć to brutalna inwazja serbska na suwerenne terytorium Kosowa).

Drugi przykład to historia znana mi też z Iraku - konsultanci z USA, którzy sprzedają raporty zalecające dostosowania prawa w Ukrainie, ctrl-h Iraku, ctrl-h Kosowie.

8 czerwca, środa

Agnieszka w Klina i innym ośrodku szkolnym. Będą więc wkrótce rozważania o Kosowskim Kościele Katolickim, o Cyganach i Egipcjanach i Ashkaelia, oraz o bezradności na garnuszku społeczności międzynarodowej. A ja, mimo deszczu na rower.

Tym razem postanowiłem pokonać chmury wspinając się ponad nie. Ale z braku helikoptera poniosłem porażkę, zamieniając jedynie deszcz na śnieg.

Na wyjeździe z Pejë, wyciągnąłem z rynsztoka jakąś dechę zabłoconą, która posłużyła jako błotnik. Przy okazji trzeba było wykręcić klocek hamulcowy (bo deska przyciskała do tylnej obręczy), ale jakoś działało. Droga międzynarodowa na północ, we stronę Rozaje zrekonstruowana przez Niemców, więc nie było się do czego przyczepić (parę głazów czy obsunięty asfalt w przepaść się nie liczą), nawet ruch był malusi. I całe szczęście, bo szybko zaczęła się mgła i zimno. Bose nogi w sandałach zaczęły odmarzać, ale trzymałem się (i suchą kurtkę i skarpetki w torbie) dzielnie aż do checkpointu na 1280m. Żadnych problemów z paszportem, ale to nic dziwnego - panowie byli tylko Kosowscy. Następne 530m przewyższenia najpierw deszcz, potem śnieg, ale po drodze mgła na chwilę ustąpiła. Na prawo miny, dalej tablica: "za 500m terytorium Czarnogóry, personel KFOR/UNMIK zawracać!" (obie na zdjęciach). Sama przełęcz (mój wysokościomierz pokazał 100m wyżej niż Michelin - 1810m) to nic specjalnego, jedynie zakręt i początek serpentyn w dół. Ale może widać bardzo ciekawe rzeczy kiedy nie ma śnieżycy.

Torebki foliowe najpierw na kolana, potem na palce u rąk, które w kontakcie z metalowymi klamkami już nawet nie cierpiały. Bardzo miły niemiecki strażnik na granicy z powrotem (gute reise, czy jestem IPO - huh? - International Police Officer - jo). Za checkpointem drewniany domek z jedzeniem i piecykiem, koło którego zasiadłem na 2h. Pierwsza próba wstania zakończyła się masowaniem skurczonego uda przez kosowskiego policjanta. Potem przyjechała para Francuzów na rowerach, znacznie lepiej wyposażonych ode mnie, ale to nic dziwnego, bo jechali z Burgundii do Istambułu, albo do Bombaju. Byli wcześniej w Polsce, w Ameryce Pd (Meksyk-Horn) i w Iranie.

Rozmowa była bardzo miła, ale rozstaliśmy się jakoś dziwnie, bez wymiany adresów, choćby tych lokalnych - wszyscy troje jechaliśmy do Peja (Pec? nie, Pec jest z Czarnogóry, tutaj Peja). Może trafią na tę stronę, to zobaczą swoje zdjęcia.

Nie polecam drogi Pejë-Mitrovica - ruch duży bardzo. Polecamy za to restaurację California, gdzie zaraz idziemy.

9 czerwca, czwartek (czyli musisz być twardy jak słoik musztardy)

Wstępny plan to Land Rover do ośrodka w Istok (na pn-wschód od Peja, przy górach), potem może rowerem do Mitrovicy, dalej Zubin Potoku, zapory dwie, przełęcz, jezioro, znów granica i z powrotem, przez Klinę.

Ale wstępny plan został obalony rzuconą od niechcenia uwagą Naniego (kierowcy fundacyjnego), że za Mitrovicę, to by on nie jechał. Dlaczego? Rzucą granatem? No... Ponieważ więc nie chciałem łatać dziur w dętkach po odłamkach, pojechałem trochę inną drogą: z Ducakovac przez Gornją Klinę, Srbicę (która już teraz w ogóle inaczej się nazywa, też po serbsku), Korrforane, po wertepach do czerwonej drogi Pristina - Prizren, przez przełęcz 895m (taki był znak tam, na mapie jest 850m) do Priznen, dalej do Dakovicy (Yakova) i Peja. Razem 193 (albo 185 z GPSa)km, 1580m przewyższenia, a wszystko w 9h jazdy. Kilka obserwacji:

W rejonach na południe od Mitrovicy i na wschód od Dakovicy/Yakovy niechęć do serbskich nazw jest większa: większość jest pozamazywana na znakach.

Niemieckie oddziały KFOR to czyścioszki - co druga myjnia (mijałem ich dziesiątki) była też podpisana auto wasche KFOR i rzeczywiście Mercedesy G-classe, tudzież tiry i pancerki się szorowały aż miło. Za to minął mnie (górą) helikopter który posuwał efektownymi zakrętami w dolinie przed Priznen, oraz kilka samochodów z zamontowanymi karabinami maszynowymi na dachach i (co już całkiem nie typowe) ze strzelcami tamże. Naokoło drogi przy przełęczy miny podobno. Znaków nie widać, ale dzieci podobno zbierają.

Prizren jakoś przereklamowane. Niemcy ponoć zanim objęli teren to zażyczyli sobie, żeby mie tu było wszystko najpierw wyczyszczone, załatane i posprzątane. Rzeczywiście dziur w jezdniach mniej, ale albo nie trafiłem do ścisłego centrum, albo jakieś czerstwe to miasto. Za to Giakove/Dakovica za drugą wizytą o wiele ładniejsza - np taka uliczka brukowana z różnymi sklepikami, niedaleko mostu, która z jednej strony ma meczet, z drugiej kościół (wieże obu w rusztowaniach).

Droga łącząca Korrforane z czerwoną do Prizren wcale nie jest taka śliczna jak ją opisał ten kretyn z UNICEFu. Aszfaltos to może i będzie, coś tam pracują, ale na kawałku i za kilka miesięcy. Szosowym da się przejechać, ale była to niemiła niespodzianka.

Dostać szpageti wcale nie jest łatwo - próbowałem (no może nie tak znowu intensywnie) właściwie od Srbicy (tzn tego czegoś innego, ta nazwa to chyba już zupełnie niepoprawna politycznie) a skończyłem w fastfoodzie (quebaptore) w Giakove. Restaurant często (właściwie częściej niż nie) serwuje jedynie kawę. Dobrą. (kucharz będzie u nas, ale od poniedziałku).

Rower cały skrzypi i trzeszczy po tych dwóch dniach jazdy w deszczu i błocie. Szkoda, ale nie wiem czy chce mi się go czyścić tutaj. Zostały dwa dni. Straty tej długiej wycieczki to znów zabłocone ubranie (180km nie padało, a przed Peja oczywiście znów musiało mnie złapać), oraz jedna opona. Zapasowa, źle przymocowana pod siodełkiem. Na zdrowie!

10 czerwca: Wąwóz Rugowy

Agnieszka cały dzień w biurze, ja zacząłem czyścić rower. Ale szybko okazało się, że potrzebne są części - postrzępiona linka tylnej przerzutki do wymiany. Sklep rowerowy blisko hotelu okazał się super. Właściciel z luźnym podejściem do słowiańskich języków, więc ja po polsku, on pewnie po serbsku. Chwalił się wizytą w Krakowie, Nowej Hucie i Warszawie w 1987 roku. Linka+wymiana+pompowanie koła = 2€. Obiecałem przysłać jego zdjęcie pocztą.

Przyjemna wycieczka do wąwozu Rugowy, do Kućiste dobra, nowa droga, choć po deszczach poobsuwana i pozasypywana kamieniami w wielu miejscach. Dalej szuter - wybrałem drogę do Bogë, bo ponoć przejazdu do Czarnogóry nie ma. Ale nie wiem czy to prawda. Drogowskaz na przełęcz Ćakor nie jest oczywisty (po albańsku to jakoś na q, ostro na lewo za mostkiem). Najbardziej spektakularna część wąwozu jest na samym początku, gdzie wśród granitowych urwisk gubi się czasem sygnał GPS. Mostki, przepaście, dwie czy trzy serpentyny. Podjazd dosyć łatwy, choć długi, z 500 do 1350m w ośrodku narciarskim Bogë (kilka ratraków i wyciąg). Jeśli szukacie restauracji czy hotelu, to znajdziecie je w połowie drogi do Kućiste (dwie lub trzy), albo na samym końcu w Bogë.

Na samym wyjeździe z miasta posterunek KFOR (ostatni przed granicą), który pilnuje jeszcze monastyru z XIIw. Monastyr i mała społeczność serbska są sprytnie ukryte za murem z worów 2m x 1.5m wypełnionych żwirem i z zasiekami z drutu kolczastego na górze. Przy samym klasztorze jeszcze więcej żołnierzy i dwa transportery z działami. Ale o tym dowiedziałem się dopiero następnego dnia, bo wpuszczają, po zostawieniu paszportu, tylko do 1600.

11 czerwca: dzień targowy

Dzień zakupów razem z Anitą Pashą z Every Child. I całe szczęście, bo dziewczyna zna wszystkich i dużo historii. Historia jej rodziny też fascynująca, pra-pra dziadek zamordowany przez albańskiego zdrajcę za serbskie pieniądze, jacyś dalszy przodkowie mianowani Paszami przez Turków (a więc sami zdrajcy?). W marcu 1999 roku, podobnie jak mnóstwo innych większość rodziny uciekała drogą przez moją przełęcz do Czarnogóry. Zostali dziadkowie, potem zabici.

Zdjęcia rzemieślników to nowa dla mnie dziedzina, ale bardzo ciekawa. Oprócz tego byliśmy razem w meczecie - stosunek lokalnych do Islamu jest jak najdalszy fanatyzmu: stroje kobiet na ulicach, "w Turcji to musiałybyście zakryć włosy w meczecie chustami...", "Te napisy? Hmm, to po arabsku, coś z Koranu", raczej pustawo. Widzieliśmy też meczet w odbudowie (za włosko-rządowe pieniądze) - dwie studentki sztuk pięknych coś tam dziergały na ścianach. Prezenty dla rodzin: naklejki Barbiki, trochę srebrnej biżuterii, czapka albańska.

12 czerwca: od zmierzchu do świtu

Zamiast szukać hoteli w Pristinie, zostałem jeszcze jedną "noc" w Pejë. "Noc", bo skończyła się o 2:30am, wyjechałem przed trzecią, żeby zdążyć przejechać 70km na samolot o 7:00. Droga pusta i w sumie całkiem przyjemna. Trochę wiatru w oczy, górki akceptowalne, nawet z dodatkowym bagażem litrowej flaszki Rakii w koszyku na PETy przy ramie. 500m przewyższenia, najwyższa górka, ponad 700m npm tuż przed lotniskiem, 72km jazdy, zdążyłem na luzie. Panie przy check-inie bardzo miłe.

Razem

Wnioski i ogólne refleksje dostępne na stronie "o kraju". Straty podczas wycieczki to zgubiona opona zapasowa (Michelin BiAxial, zużyta i tak), błoto we wszystkich mechanizmach roweru (pół dnia czyszczenia, przy okazji wyszło, że czas zmienić piasty, tym bardziej że dystrybutor Campagnolo to żart i zapasowych konusów/stożków kupić się nie da; nie polecam więc produktów tej firmy - stożki Shimano dostać można za 10zł szt w byle cykloturze). Tu jest plik kmz z wycieczki. Waypointy z numerkami to właśnie te hotele, stacje, sklepy, itd, ale nie chce mi się tego już robić.... Nieposiadający google earth, mogą użyć tego linku do Maps

  6/6 8/6 9/6 10/6 12/6 Razem
Przebieg dzienny 106 65 188 59 69 487km
Czas jazdy 4:46 3:59 8:58 3:32 2:55 24h 10min
Prędkość średnia 22,3 16,2 20,9 16,9 23,6 20km/h
Prędkość maksymalna 59 60 69 54,6 55,5 69km/h
Podjazd brutto 500 1432 1584 898 508 4922m

Mapa Kosowa (c) Michelin


Do domu • Zdjęcia • O kraju