Do domu • Zdjęcia • Mapa • O krajach

Liban, Syria, Jordania, listopad 2002

Kolko je libanie w Libanu Tour

W sumie: 740km, Staś mówi, bo siedzi obok, że strasznie wysoko przejechaliśmy na samo dno świata i w górę z powrotem. Ciężki wypadek Staś przeżył i atak miłosierdzia "arab doctor", 7 dni jazdy, 11 dni pobytu.

Mama przed wyjazdem powiedziała, że 1 listopada do grobów powinniśmy pójść, ale Staś oburzył się dla czego tak źle nam życzy. W sumie nie było jednak tak niebezpiecznie. Mimo iż tym razem tylko Szczurki M i M brały udział (znaczy się 22 i 32) to czuliśmy moralne i SMSowe wsparcie cały czas. 

1-2 listopad,  Budapeszt, Bejrut - Zahle, 70km, od poziomu morza tak na 1600 chyba wjechaliśmy

No i ruszyliśmy na podbój Bliskiego Wschodu. Przez Budapeszt. Miałem perfekcyjnie zaplanowany przelot: w Budapeszcie lądowanie ok. 19 a samolot dalej o 23 czy coś. Pomiędzy w planie miałem wzmacniającą siły kolację w stylowej, secesyjno-komunistycznej restauracji z winem z Villany i palinką (na początek i na koniec). Jadłem tam kiedyś lunch z kolegą z ING (obecnie wiceminister finansów węgierskich) i bardzo to dobrze zapamiętałem (do pewnego momentu). Więc na taksówkowym postoju raźno zażądałem "Restaurant Opera - Opera Etterem"! I taxi ruszyło. Taksówkarz delikatnie węgrzył do kolegów przez radio coś tam trajkocząc opera, opera... W końcu zadał pytanie, gdzie ta restauracja. Pamiętałem, że nazwa jest znacząca, więc mówię, że koło Opery najpewniej. Jednak dwie rundy wokół opery doprowadziły nas tylko do jakiejś chałowej restauracji hotelowej. Twardo i zdecydowanie obstawałem za tym, by taksówkarz-ignorant zawiózł mnie do miejsca, w którym jadłem jeszcze 6 miesięcy temu i które ma 50-letnią tradycję. Po 30 minutach postanowiłem porzucić taksówkarza-ignoranta i przeszliśmy kilka kroków do taksówkarza-który-wyglądał-inteligentnie-a-okazał-się-idiotą. Taksówkarz-idiota po 30 minutach stresu popadł w stan melancholijnego letargu i jeżdżąc wokół Opery wskazywał na lewo mówiąc "Moulin Rouge", na prawo - "Filharmonia"... Porzuciliśmy go nie uiszczając rachunku; podążył dalej z piętnem samobójstwa na w ciemnych, ugrofińskich oczach... 

NIE, NIE MOGĘ DALEJ OPOWIADAĆ. SERCE MI PĘKA. ZAINTERESOWANYCH PROSZĘ O MAILE...

W każdym razie Operę znaleźliśmy w Libanie...

Liban przywitał nas bilbordami ze skąpo ubranymi dziewczynami reklamującymi coś. Rozbudziło to nas szybko. Rowery były gotowe do boju bardzo szybko. Droga z lotniska do głównej na wschód okazała się prosta. Ledwie świtało, kiedy rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę z poziomu morza na, docelowo, co najmniej 1600. Kiedy było już jasno, po ok. 20 kilometrach odbyliśmy biwak na wzgórzu z pięknym widokiem na Bejrut i Morze Śródziemne Był to ostatni raz kiedy wykorzystałem matę i śpiwór. 
Mimo, iż po przebudzeniu byliśmy świeżsi i zdolni do boju, podjazd szedł opornie. W środku dnia ruch był bardzo duży. Na zjeździe wolne ciężarówki nie pozwalały na rozwinięcie maksymalnych prędkości. Po bardzo ostrym zjeździe skierowaliśmy na Zahle. Nie ukrywam, że powód to opis dinneru w lonely planet - obok rwący potok, super wino itp. Hotel całkiem ok. znaleźliśmy i po drzemce faktycznie miły dinner mieliśmy. Ale ogólne zmęczenie zagnało nas do łóżka.

3 listopad,  Zahle - Dar'a (Syria już) 140km, gór trochę przy granicy (wprowadzam tu wskaźnik trudności górskiej: Zajebiście średnio w miarę)

Z Zahle raźno wyjechaliśmy gnani wiatrem po dość płaskiej trasie. Po 25 kilometrach dojechaliśmy do Aanjar. Tam miały być majestatyczne ruiny umayyadzkiego miasta, ale długo szukaliśmy i jakoś chyba tylko z daleka to zauważyliśmy. Śniadanie obfite w Aanjarze już przy granicy zjedliśmy. Chyba jeszcze przed południe przeszliśmy libańską stronę granicy. Dalej jechało się ok. 10 km strefą niczyją i nadszedł czas na granicę Syryjską. Nasza wiza wielokrotnego użycia uzyskana od wzdychającego dyplomaty jednego z państw arabskich okazała się wystarczająca i dość pustynnym krajobrazem pojechaliśmy w stronę Damaszku. 

Dygresja: tu ją zrobię bo niby gdzie. Staś wyrabiał wizy syryjskie, ale jak już je mieliśmy, to dotarło do nas, że potrzebujemy wersji wielokrotnego przekraczania granicy. Staś udał się zatem z paszportami i stosowną gotówką by dokonać upgrejdu. Ponury dyplomata syryjski westchnął ciężko i spytał z błyskiem nadziei: "a dolary są?". "Są!" odpowiedział Staś. Dyplomata westchnął jeszcze ciężej, wziął marker, zamazał na wizie "one", westchnął, napisał "multiple"...

Syria biedniejsza od Libanu, rzadsze zabudowania, mniej samochodów. Kabanosy podtrzymywały nasze nastroje, ale pod Damaszkiem trzeba było uzupełnić zapasy. W sklepiku z mydłem i powidłem dokonaliśmy wymiany waluty na lokalną i wypiliśmy syryjską colę. W Damaszku byliśmy przygotowani na najgorsze w sensie ruchu i zwyczajów kierowców. Faktycznie, nie było łatwo, zdarzyło się nam jakieś lekkie zwarcie między rowerami pod naciskiem dwóch tirów i trzech taksówek. Z czasem zyskiwaliśmy konfidencję. Czasem tylko trochę siurpryzy było, gdy pedałując kilka sekund patrząc w przednie koło, po podniesieniu wzroku pojawiał się pędzący z przeciwka, lewą stroną drogi jeep, który nietypowo włączał się do ruchu. Ostatnie kilometry, po tym jak dojechaliśmy do bocznej drogi prowadzącej do Dar'a to już jazda po płaskim z regularnymi zmianami co 2.5km. 

No i w Dar'a zrobiliśmy rundkę zakończoną pełnym sukcesem. Udało się znaleźć najgorszy hotel w Syrii i wzięliśmy go mając kilka do wyboru! Najpierw zaoferowano nam pokój ze stojącą wodą, to ten odrzuciliśmy, mimo, że Arab rzucił się do wycierania mówiąc "OK, OK". Dokonaliśmy toalety, ja zabiłem karalucha bardzo dużego, a Staś się obijał, żarł kabanosa i nic nie zabił.

No i do boju poszliśmy na kolację. Wybrałem kurczaka, bo Staś nie lubi kurczaka, strasznie się męczył więc koniecznie chciał piwo. Arab-Kurczak napisał na karteczce bardzo małej coś w robaczkach i kazał nam iść i szukać. Szliśmy i szliśmy, ale doszliśmy do ronda gdzie stał kurduplowaty policjant z zespołu Village People. Miał pełen rynsztunek z hełmem więc wzbudził zaufanie, bo mówił "welcome". Podaliśmy mu karteluszek Araba-Kurczaka coś bełkocząc od rzeczy i nie przyznając się, że tak naprawdę o piwo chodzi. Police-Arab-Kurdupel porzucił rondo, zdezorientowane auta skłębiły się w bezładnym korowodzie i pisku klaksonów. Wziął nas pod ręce i poszliśmy z powrotem. W połowie drogi, przed sklepem ze słodyczami, stał Arab-Reklama przebrany za Myszkę Miki. Police-Arab w hełmie wdał się w poważną dyskusję z Arabem-Reklamą, który dla zachowania in-flagranti nie zdejmował łba muszki miki i wczytywał się w zmięty karteluszek z robaczkami wskazując palcem to w lewo to w prawo. Widok to był ekstraordynaryjny. Kiedy dołączyła do nich miejscowa młodzież przyznaliśmy się w końcu, że chodzi o piwo. Grupa młodzieży poprowadziła nas przez ciemne zaułki i wiadukt nad torami do dzielnicy chrześcijańskiej. Protestanci, prawosławni i katolicy mieli tam w sumie pewnie 10 kościołów i żyli chyba nie niepokojeni w spokoju. Trafiliśmy do sklepu Eljasza, który objawił nam się w sklepie, w którym nie sprzedawał nic poza alkoholem. Kiedy dowiedział się, że jesteśmy z Polski zagadał biegłym serbsko-chorwackim i na zaplecze. Okazało się, że studiował coś 10 lat nauki polityczne w Belgradzie (tak do końcówki lat 90-tych, więc w dobrym okresie). Na początku bał się trochę, ale w końcu też ostrożnie popijał piwo w ukryciu. Piwo było obrzydliwe, syryjskie, która to charakterystyka starcza bo w Syrii jeden jest typ piwa. W końcu Eljasz powiedział, że tu jest bieda i że jedzie do USA więc poszliśmy do naszego pokoju w hotelu, który tymczasem uległ powierzchownemu zalaniu co wystraszyło karaluchy. A tak bym sobie zabił jeszcze jednego...

4 listopad, Dar'a - WELCOME JORDANIA - Suweimech (Morze Martwe), 140km, góry to tak dość spore

Granicę do Jordanii przekraczaliśmy w silnym bocznym wietrze, który po skręceniu na zachód na Irbid nie był już niestety boczny. Wiza była tańsza niż przewodniki pisały (tak $30 za dwie osoby,  45 minut czekania niewiadomo na co i paszporty pomazane arabskimi robaczkami). W Irbidzie przejechaliśmy przez centrum z dużą pewnością siebie (miasto 500 tys. i ruch odpowiedni). Dalej postanowiliśmy pojechać skrótem przez góry bardziej na południowy zachód by szybko dotrzeć do Doliny Jordanu. Skrót okazał się górski i dłuższy o 20 km niż na mapie. Zjazd za to był szybki i długi, temperatura rosła szybko, po drodze minęliśmy "zero sea level" i straszna depresja nas ogarnęła. Na wjeździe do Doliny przywitał nas posterunek gdzie dokumentnie nas sprawdzano. Wzdłuż granicy z Izraelem posterunki były dość regularne. Zazwyczaj było tam dwóch szeregowców, którzy bezradnie obracali w kółko paszporty z nieznanym alfabetem. Następnie podchodzili do siedzącego w cieniu porucznika w białej koszuli i w ciemnych okularach. Ten z niechęcią prostował w fotelu, przeciągał się z niechęcią, zerkał na paszporty i machał ręką mówiąc "Welcome". Szeregowcy z nabożną czcią wycofywali się tyłem. Zawsze, na każdym posterunku siedział ten sam porucznik. Jordańskie wojsko opanowało już sztukę teleportacji więc nie wypowiadajmy im wojny. 

W Dolinie Jordanu poruszaliśmy się szybkimi etapami po 25km. Po prawej stronie widać buło Izrael i zielone pola, komórki czasem łapały jego sieć. Dzięki temu otrzymaliśmy wiele SMSów "Welcome to...". Po lewej góry. Mijaliśmy wsie, gdzie większość mieszkańców stanowili pewnie świeżsi lub starsi uchodźcy palestyńscy. W ogóle Jordania ok. 50 lat temu miała mniej niż 2 miliony mieszkańców, teraz ma ok. 7 milionów, w przeważającej części Palestyńczyków. Chamy to straszne i prostaki. Dzieci krzyczą 'welcome' i machają jak się zbliżasz, a kiedy byliśmy tyłem rzucają kamieniami. Raz nawet pryskały jakimś sprayem. Co ciekawe, jeśli po minięciu gówniarza patrzy się na niego to stoi nieruchomo z kamieniem przy nodze, kiedy odwróci się głowę rzuca.

Zmierzch zastał nas ok. 20 km od  Morza Martwego, akurat w miejscu fajnego zjazdu. Niestety zrobiliśmy to już taxi, dojeżdżając do jednego z nielicznych tanich hoteli przy MM (od strony Jordanii) - "Dead See Rest House". Dostaliśmy bungalow z rzężącym klimatyzatorem i po jakimś kebabie - spać. 

5 listopada , Suweimech - El Karak, 100 km, cholernie pod górę (tak 1300 netto ale musiało być chyba więcej)

OPIS ETAPA - SPSZECIF PRZECIF ORTOGRAFJI 

Rano - moczenie w możu martwem i dópa pikła tak, rze wytszymać nie można było.

Poczontek etapa był naprawde fajny. Droga prosta, w depresji. Pszy możu martfym pusto, poza kilkoma top-end hotelami, Movenpick kruluje - dziwny brand. Po 40 kilometrach nie mogliśmy siem opszeć ciepłemu źrudłu. Rowery staneły z boku, a bochaterowie cykliczni oddali sie normalnie pławieniu w ciepłej słodkiej wodzie. To była nirfana. Dalej jusz buło pod gure. Najpierf znany nam porócznik czytał wstrasznie aktywnie pszporta na jakiemś posterónku. Potem wiatr wmordewind wiał. Muhy atakowały. Po ok. 70 kilometrach był skent w gury w lewo. Poniewarz do celu (Al Karak) pozostawało ledwie 30 km, mimo zmenczenia, byliśmy dobrej myśli. Jednak nie uwzgędniliśmy skali podjazda. Po kilku rospaczliwych postojach i bardzo cięrzkim podjeździe znaleźliśmy się bez wody przy jakimś wąsko kapioncym strómyku i napisie "0 sea level", który nie dodał nam animuszu, bo mimo irz z depresji wyszlimy to dalej psyhicznie w niel byliśmy.

Wody nie było, więc piłem ściekającą ze skarpy, ale ciężko było nalać. Wspiąłem się więc na górkę by zbliżyć się do źródła, a tam owce lokalne mieszały swoje wydzieliny organiczne z tym co piłem przed chwilą. Żadnych konsekwencji nie poniosłem bo chyba te bakterie spaliłem.

Dalsza część podjazdu była naprawdę stroma. Dla mnie był to duży problem, bo nie działała mi najsłabsza przerzutka. W końcu dotarliśmy do czegoś w rodzaju przełęczy z obowiązkowym posterunkiem. Dostaliśmy tam super wodę z lodem i w ogóle myśleliśmy, że najgorsze za nami. Nie przeszkadzał nam wycelowany w nas machnegun. Niestety, dalsza część trasy do El-Karaku, mimo, iż nie tak stroma, była bardzo męcząca. Jechaliśmy zboczem góry z widokiem na duży kanion. Kabanosy do zera wyczyściliśmy. Na końcu, po znacznym zjeździe znaleźliśmy się u podnóża góry, na której jest miasto. Ponieważ byliśmy w granicach administracyjnych uznałem, że można korzystać z transportu samochodowego. Staś (jako, że w lepszej był wtedy formie) próbował zagrzać mnie do boju, ale szybko zrezygnował. Bardzo przyjacielski busik zawiózł nas do sympatycznego hotelu zarządzanego przez chrześcijanina, z wytatuowanym dziwnym krzyżem koptyjskim na ręce. Ostatni wieczór przed Ramadanem pożywiliśmy się w jakiejś taniej jadłodajni, dodaliśmy słodycze arabskie i jakieś piwo chyba czy dwa wciągnęliśmy. W tym samym hotelu mieszkała para Francuzów, którzy jechali na południe do Afryki. Mieli bardzo fajne rowery, z przyczepką, wielkim kanistrem i chyba nawet prysznicem. .

6 listopad, RAMADAN, Al Karak - Dana, 90km, góry średnie

O świcie obudziły nas zawodzenia muazina (?) obwieszczające Ramadan.

Rano obejrzeliśmy zamek krzyżowców, bardzo fajny, pusty. El-Karak leży już na "Kings' Highway" znaczonej zamkami co kilkadziesiąt kilometrów. Ruszyliśmy więc na południe.

To był etap, gdzie osiągnąłem stan maszynki - wlewa się płyn i wsuwa batony, a ja kręcę. Początkowo, jako, że były przewidywane góry, chcieliśmy przejechać tylko 60 km do Al Tafilah Droga miała objazdy, ale zgodnie z radą jakiegoś travellogu ignorowaliśmy je zapamiętale, co było bardzo dobrym rozwiązaniem. Kosztem kilkuset metrów po szutrze przejechaliśmy kilkanaście kilometrów zupełnie pustą, dobrą drogą. Kings' Highway przecięta jest za Al-Karakiem rzeką/kanionem Wadi Hasa. Trzeba więc było zjechać bardzo nisko i z powrotem podjechać na poziom płaskowyżu, który rozciąga się w tej okolicy. Zrobiliśmy to z podziwu godną odpornością. Na jednym z postojów mieliśmy przykład reakcji na publicznie pijących (my) wodę. Z mijającego nas pick-upu rzucił w nas jakiś cham pomidorem.

Al Tafilah okazało się ruchliwym miasteczkiem, bez specjalnych uroków. Ponieważ byliśmy sprawni, postanowiliśmy jechać dalej do Dana na skraju rezerwatu o tej samej nazwie. Na tym odcinku minęliśmy 500 kilometrów podróży. 

Staś, degenerat i obrazoburca nasikał w Ramadanie na rezerwat, a Allach nie puścił mu tego płazem. Kiedy po szalonym zjeździe byliśmy już 500 metrów od hotelu, kiedy minęliśmy grupkę Francuzów, którzy na tym etapie spodziewali się swoich pobratymców, Allach zesłał psa. Jak słyszałem, kiedyś pies pogryzł Mahometa i od tego czasu, ten przyjaciel człowieka nie jest przyjacielem Araba. Mimo to jeden się ostał. Pies wywołał niejaką nerwowość i skłonił Stasia do mocniejszego naciśnięcia na pedały, mimo dużej prędkości i zjazdu i widoku hotelu za 100 metrów. Przy hamowaniu na piasku rower stracił przyczepność i kiedy odwróciłem się na chwilę, widziałem Stasia sunącego po ziemi. Ja wyhamowałem jakimś cudem (nowsze opony) no i biegnę do rannego. A tam już dobiega jakiś obdartus i krzyczy "welcome, I am Arab doctor, I will help you!". Stasia tak ten głos wystraszył, że wstał szybko i ociekający krwią, w szoku i drgawkach zapewniał, że wszystko jest OK.

Długo trwało lizanie i przemywanie licznych ran. Nie wyglądało to najlepiej. Obszerne obtarcia były w miejscach ruchu (kolana, dłonie) co na pewno miało utrudnić dalszą podróż. Co więcej, na zaschniętych ranach otwierały się wulkany i erupcje osocza utrzymywały obtarcia w podrażnieniu. Hotelik "Dana" był fajny, widok na rezerwat super (dziewiczy ale zielony), miasteczko z mułu, gliny i nie wiadomo czego takie samo od setek lat.

7-10 listopad, Petra, Akaba, Amman, Damaszek, Baalbeck - autobusy, busy i taksówki

Rano ruszyliśmy busem do Petry. Nie było sensu walczyć rowerowo przy stanie kontuzji Stasia. Poza tym chcieliśmy jeszcze pojeździć po górach w Libanie. Busikiem, w towarzystwie kilku turystów dojechaliśmy do Petry. Tam jest naprawdę przemysł turystyczny - dużo hoteli, restauracji itp. Dzięki sytuacji politycznej jednak nie było aż tak tłoczno. Petra jest olbrzymia, zaliczyliśmy obowiązkowy "Treasury" - świątynia wykuta w skale, do której Indiana Jones przyjeżdża na końcu III części. To właśnie melodyjka z Indiany Jonesa (ta, którą możecie usłyszeć wchodząc na tę podstronę) dodawała nam animuszu w najtrudniejszych momentach (czyli na przykład, kiedy trzeba było przełknąć syryjskie piwo).

Po południu bezwzględnie wykorzystaliśmy głodnego Araba i zmusiliśmy go by zawiózł nas do Akaby. Jest to miasto na 30-40 kilometrowym skrawku wybrzeża Jordanii (który dostali zresztą od Arabii Saudyjskiej, za tysiące kilometrów kwadratowych jakiejś pustyni). Tu znów turystów bardzo niewielu. Z głupia frant zapytałem o cenę w jakimś 4 gwiazdkowym hotelu i była na tyle niska, że postanowiliśmy zażyć luksusu. Akaba sprawia wrażenie dość przygnębiające - dużo hoteli, ale wieczorem ledwie w kilku oknach światło. Tak chyba ściągnęliśmy wszystkie komary z okolicy, które pogryzły nas niemiłosiernie. 

Następnego dnia udaliśmy się (rowerami w sumie jakieś 40km) plażować do Royal Diving Club - już bardzo blisko granicy z Arabią Saudyjską. Stasia rany sikające osoczem bądź to z powodu napięcia spowodowanego pedałowaniem, bądź słoną wodą powodowały niewyobrażalne cierpienia porównywalne z torturami niewiernych w czasach krzyżowców (i ile coś takiego miało miejsce). Rafa bardzo przyjemna - w ogóle chwalone są bardzo lokalne miejsca do nurkowania.

Po 2 dniach relaksu wsiedliśmy w autobus do Ammanu. Jechał przez "Dead See Highway" - bardzo pustynny teren. W telewizorze autobusowym przez 3 godziny szedł jakiś lokalny tasiemiec. Główna gwiazda miała wyrazistą twarz, którą wykręcał co chwilę jakiś szczękościsk, co powodowało wybuchy uwielbienia sitcomowej widowni. Wygłodzeni Ramadanem współtowarzysze podróży obserwowali ten spektakl z podziwu godną obojętnością. W końcu załoga autobusu obwieściła zmrok i zaczęła się wyżerka.

W Ammanie przejechaliśmy rowerami z przystanku do bazy taksówkowej, gdzie zapakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy do Damaszku. Samochód był jakiś trefny, bo całą drogę truły nas spaliny. Z ulgą zakwaterowaliśmy się w jakimś hotelu o nazwie francuskiej ("Paryż czy coś") i nocny obchód miasta. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiło. Souq był już oczywiście nieczynny, ale wąskie uliczki, stare budynki, małe meczety wzbudziły w nas bardzo romantyczny nastrój tak trafnie opisany w wolniejszych fragmentach powieści Ludluma. Naprawdę - Damaszek nocą robi wrażenie. Miasto nie okazało się jednak zbyt rozrywkowe. Jedyny lokal, który miał tętnić międzynarodowym gwarem gościł jakiegoś zapijaczonego Araba. 

W dzień za to Souq to nieskończony ciąg stoisk, sklepików, mat... Miasto tętni życiem tak bardzo, że może zabić. Ruch samochodowy - absolutnie crazy - klaksony, autobusy, taksówki, wózki, rowery, motory... Spotkaliśmy nasze dzielne siły pokojowe ze Wzgórz Golan - kupowali złoto w ilościach hurtowych. Jako, że czekało nas jeszcze poważne dymanie (znaczy się jazda na rowerze) nic nie kupiliśmy. Bardzo dobry lunch zjedliśmy w jakiejś upmarketowej knajpce w dzielnicy chrześcijańskiej. Damaszek bardzo polecam, wyjeżdżaliśmy do Libanu, z przekonaniem, że jeszcze wrócimy.

Baalbeck to bodaj najważniejsza kupa zabytkowego gruzu w Libanie. Jest lekko na północnym wschodzie, w obszarze szyickim. Udaliśmy się prosto do Hotelu Palmyra - rekomendowanego jako miejsce wyjątkowe. Ta reklama była wręcz zbyt zdawkowa. Budynek jest stary (z końca 19 wieku). Przez okna widać ruiny Baalbeck. Na ścianach autografy gości (Cesarz Wilhelm II, Królowa Holandii z 1948 roku, rysunki Jeana Cocteau, name it - same sławy). W hotelu mieszkaliśmy tylko my i jakaś japońska para. Za obsługę natomiast służyło 2 staruszków (tak 70-80 lat) w liberiach pamiętających czasy ich (dziadków) narodzin. Dostaliśmy elegancki pokój z kutymi łóżkami i moskitierami. Po kiepskiej kolacji (miasteczko opustoszałe) usiedliśmy w barze, który wyglądał jak z awanturniczych powieści (tyle że wystawione butelki były puste - szyici). Zasiedliśmy na kanapie i piliśmy arak za arakiem (podawano go nam w małych plastikowych buteleczkach). Staruszkowie mieli przegrany Budda Bar IV więc w kontemplacyjnym nastroju myśleliśmy o czekającym nas następnego dnia wyczynie - przed nami były najwyższe góry Libanu.

10 listopad, Baalbeck (Liban) - Bcharre 60km, ale wjazd na 2000 mniej więcej

Rowery były podrasowane dnia poprzedniego. Po pożywnym śniadaniu (pita z dżemem pomarańczowym), udaliśmy się na zwiedzanie Baalbecku. O 8 rano było jeszcze zamknięte, więc olaliśmy tę kupę gruzu, obfotografowaliśmy zza siatki i w góry. Wjazd był piękny, prawie bez samochodów, krajobraz surowo pustynny, nachylenie ok. Nie wiem czy dzięki wcześniejszemu ćwiczeniu, czy przez nastawienie psychiczne, zrobiliśmy go bardzo sprawnie. Na pewno było to lekko wyżej niż 2000m, bo tak pokazywały poziomice na mapie. Obszar ten to tereny granica terenów chrześcijańskich i szyickich. Dużo tam było łusek, gęste posterunki, zarówno libańskie jak i syryjskie. Po przejechaniu przełęczy pokazał się inny świat. Zielona Dolina Bekka, strumienie i cedry przede wszystkim. Wcześniej przejechaliśmy obok (nieczynnych jeszcze) wyciągów narciarskich. Szykowano się już do sezonu sklecając jakieś struclowate narty i wiązania. Dalej były cedry - nie było tego za dużo. Na lokalnym straganie kupiliśmy piękne libańskie T-Shirty XLki, które okazały się polskimi XSkami. Ale bardzo sexi w nich wyglądaliśmy, bo pruły się na naszych napakowanych klatkach. Celebracja piwem i ogólny nastrój sukcesu jakoś nas skłoniły do pozostania w Bcharre - uroczym miasteczku nad Doliną Bekka. Ostrzygłem się (bo takie rogi miałem wygolone wcześniej), no i nie pamiętam co jeszcze robiliśmy.  

11 listopad, Bcharre - Beirut, 120km w dół

W nocy lało więc ruszyliśmy po mokrej szosie. Pierwszy etap to w zasadzie nieustanny zjazd, no i z tego entuzjazmu zjechaliśmy nie tam gdzie trzeba i o 10 kilometrów przedłużyliśmy sobie drogę. Niestety, doga wzdłuż wybrzeża nie była łatwa. Wiatr był przeciwny, no i deszcz padał dość często. W pewnym momencie było już nam wszystko jedno i jechaliśmy przez głębokie kałuże pogrążając się w błocie i wilgoci. Droga była ruchliwa, ale dość ciekawa, z Morzem Śródziemnym z jednej strony, górami z drugiej i kolejnymi miastami. Teren chyba dość bogaty, śladów wojny nie widać. Juniyah to wręcz kurort, w czasach wojny domowej było to miejsce, gdzie bogatsi, chrześcijańscy Libańczycy spędzali większość czasu w klubach go-go i kasynach. Gdzie to jest teraz?! Jak ja nienawidzę tych fundamentalistów.

W samum Bejrucie ruch był już za duży na rowery. Zostawiliśmy je na lotnisku, dokonując tam też ablucji w toalecie. Nie było to łatwe, bo co chwilę przychodzili sprzątacze arabscy i myli sobie nogi w umywalkach.  Wieczorem pochodziliśmy trochę po Bejrucie. Baaaardzo fajne miasto, śródziemnomorskie. Widać jednak ciągle sporo zniszczeń. Czasem jakaś ostrzelana ściana, ale zdarzają się i wielkie puste, zrujnowane budynki. W miejscowym sklepie Virgin (z 5 pięter) chcieliśmy kupić Budda Bar IV. Niestety, ponieważ śpiewa tam izraelska wokalistka, nie można tego sprzedawać w Libanie. Oczywiście I, II, III, V są do nabycia.


Do domu • Zdjęcia • Mapa • O krajach