Wyjazd chaotyczny. Przygotowania ograniczyły się do zakupu i sxerowania map (doskonały Michelin 939), przygotowania rowerów (Michał - górski Scott, Staś turystyczny Giant Tracker, ja szosowy Żółty z tylną oponą 27-622 - cudem się zmieściła).
W bagażach ubrania (też polar i kurtka), narzędzia, EOS+ EF100-300m i EF20-35mm, ale bez śpiworów czy namiotu.
Razem około 400km (to ja, Michał ze Stasiem około 60km mniej), jedna mega-przełęcz (2260m), ale razem będzie nie więcej niż 4000m brutto.
Większość linków z tekstu wiedzie do zewnętrznych stron. Zdjęcia nasze są ładnie posortowane na własnej stronie.. Poza tym, można klikać na miejsca na mapie etapu - są tam podlinkowane zdjęcia.
Zupełne wariactwo. Z pracy mogę wyjść dopiero półtorej godziny przed odlotem, więc bagaże i paszport mają Michał ze Stasiem. I całe szczęście! Czekając na kolejną wideokonferencję z Budapesztem coś mnie tknęło: przepraszam, czy do Maroka potrzebne są wizy? Tak, ale czeka się tylko 5 do siedmiu dni... Arghh, do wylotu 2h! Michał ze Stasiem dokonali cudu, wypełnili druczki, oczarowali panią w ambasadzie Królestwa Maroka (ciągle jeszcze nie przynieśliśmy jej kwiatów). Pytanie "a zdjęcia?" doprowadza ich do rozpaczy. Ale udaje się. Mam wprawdzie wizę wystawioną na Mariusza Szczurka, ale to nie szkodzi, choć pytają na granicy dosyć ostro. Dolatujemy szczęśliwie, rowery też. Składanie wszystkiego do kupy, pompowanie opon trochę zajmuje. Okazuje się, że styrana tysiącami kilometrów fajka od roweru nie chce się podnieść (potem okazuje się, że tak długo była w jednej pozycji, że zrobiło się na obwodzie wgłębienie od milionów uderzeń na każdym wertepie), a to oznacza, że będę jeździł w pięknej, rasowej pozycji. Już mnie boli szyja.
Jest na tyle późno, że nie pozostaje nam nic innego jak tylko szukać wygodnej ławki do spania. Przynajmniej lotnisko śliczne. Zimno trochę, siedzimy w kącie przy anonimowym Marokańczyku i parze z Dalekiego Wschodu. Rozwiązujemy test na inteligencję z jakiegoś samolotowego pisemka. Jacy jesteśmy inteligentni! Zimno bardzo. Przy okazji okazuje się, że Agnieszka kochana zapakowała trzy białe koszulki z napisem "Szczurki Pustyni". Cudowne!!
Casablanca (Mohammed V) - Berrechid - Moualine-el-Oued - St Hajjaj – Souk-tleta-des Oulad-Farès - El-Borouj(160km) - El Kelaâ-des-Sraghna (ostatni kawałek Mercedesem kombi)
160km, głównie po płaskim, wzgórza przed Hajjaj i przed El Borouj.
Świta, ruszamy. Oczywiście wyjazd z lotniska w złą stronę, objeżdżamy je naokoło. Afryka, chłoniemy palmy, widok dzieci czekających na autobus do szkoły, nowy świat. Ostry początek jazdy, za ostry dla Stasia chyba
. W Berrechid (duże miasto, światła, ronda itd), przebierka, Michał odkleja metki od ubrania. Dalej na południe, w S el-Aidt kawusia, pyszny chleb i pierwsza poważniejsza próba mojego francuskiego: Albercik, to działa! Pierwszy kraj na ziemi, gdzie mogę się bez kłopotu dogadać w tym języku. Czy chodzi o brak strachu i oporów?
Zjazd w lewo z głównej drogi. Kwiaty, kaktusy, pusto, pięknie. Gorąco, przerwa na Coca-Colę. Zaczynają się górki, chłopaki miękną nieco. Dojeżdżamy do Moulaine-el-Oued, wszyscy mówią po włosku nie wiedzieć czemu. Sklep, zbiegowisko, ale miłe. Dajemy dalej do S Hajjaj (czyli Ajajajaj!), upał, miasto w środku pylistej równiny, jedna droga asfaltowa, reszta gruntowe. Przy bocznej uliczce wypijamy po herbatce słynnej. Tu turystów to już naprawdę nie ma. Dzieci zbiega się dużo, wtedy właściciel lokalu przegania. Przy tej samej uliczce obiad - to już zupełny kosmos. Marokański fast-food, z dużego gara dostajemy trochę czegoś co wyglądało jak flaki owcze. Muchy, jadło się rękami i pajdami chleba. Byliśmy głodni, inni też to jedli. Co nam się może stać? Oczywiście nic się nie stało, ale może to z wysiłku.
Chłopaki zaczynają trochę marudzić. Postój w Souk-tleta-des Oulad-Farès - souk to targ i rzeczywiście cała miejscowość to skrzyżowanie, jeden sklep i targ - w tę i spowrotem chodzą ciężarówki. Dalej na południe, gdzie to El-Borouj? Po drodze obserwacja - w Maroku trzeba sikać na polu, nie w lasach. Jeśli są drzewa, to znaczy, że są i osiedla ludzkie. Spotykamy jakiś gości w samochodzie na włoskich numerach. "Ooo, jeszcze 20km, po drodze wielka góra." Góra okazuje się nie taka wielka, choć zjazd był fajny. Wpadamy na główną drogę z Settat, i w końcu na miejscu.
A na miejscu nic nie ma! Spore miasto, ale śladu hotelu, nie jest łatwo. Długi odpoczynek przy barze, potem na przystanek autobusowy, tam w końcu łapiemy taksówkę - Mercedesa - mydelniczkę kombi. Przeskakujemy do El Kelaâ-des-Sraghna i hotelu na miarę sporego Orbisu. Krótki spacer i obiad po dużym mieście w nocy i przewracamy się bez czucia w łóżko. Rowery przypięte na zewnątrz.
El Kelaâ-des-Sraghna - Âït-Ourir (mercedesem nie-kombi) - Âït–Barka - Taddert (1650m)
Rano deszcz (ach, mój skórzany Brooks!). Nastroje nienajlepsze, kolana bolą. Czekamy długo przed pomnikiem króla (Hassan II, czy Mohammed?) na autobus do Marrakeshu, jak się okazuje w złą stronę. Łapie miły człowiek, który napędza (za opłatą, przy nas) biznes właścicielowi kolejnego mercedesa, tym razem nie kombi. Rowery mieszczą się i tak.
Po drodze zmiana planów, skręcamy w kierunku gór, na południe od Marrakeshu. Negocjacje cenowe poszły łatwo, ale, jak się później okazało tak się tylko wydawało. Deszcz powoli się kończył kiedy wysiedliśmy w Âït-Ourir. Joe le Taxi chciał więcej niż miało być, zaciąłem się, choć po długich dyskusjach w końcu i tak zapłaciliśmy. A najgorsze było to, że nie wiedziałem jak jest "umówiliśmy się!" po francusku.
W końcu ruszyliśmy, pod górę przez cały czas (w ciągu całego dnia był tylko jeden zjazd, gdzie wyprzedziłem dwóch szkockich długodystansowych motocyklistów). Deszcz się skończył, podobnie jak czarno-biały film slajdowy. Moja forma doskonała, choć, trzeba przyznać, miałem trochę mniej bagażu w torbie podsiodłowej (ale był EOS50e z dwoma obiektywami i narzędzia, różnica nie była więc aż taka duża).
Mnóstwo sprzedawców pamiątek, co było nieco komiczne: "Monsieur, monsieur, mineraux d'Atlas" krzyczeli goście próbując wrzepić jakieś głazy z zatopionymi muszelkami nam, jęczącym z wyczerpania rowerzystom, którzy wywaliliby za burtę dla ulżenia połowę szprych.
Celujemy w Tizi-n-Tichka, ale kiedy jakaś dobra dusza pokazuje gdzie to jest, szybko przechodzi nam ochota na taki koniec dnia. I całe szczęście, nawet gdybyśmy się tam wspięli wieczorem, wiatr i mróz by nas wykończył na dobre.
Przerwa po jedynym zjeździe tego dnia (gdzie wyprzedziłem parę szkockich motocykistów, po zapasowych oponach widać było, że jadą znacznie, znacznie dalej), w El-Had, tam wyciskane pyszne pomarańcze. Dalej droga trochę łagodniejsza, doliną rzeki. Mija nas kawalkada rządowa, potem motocykliści. Naokoło szkoły - budynki bez drzwi i okien, tak, że widać klasę i uczniów. Dzieci są tu bardziej natarczywe, wiedzą dobrze co to turyści. Widać to będzie i za górami - 100m pas zieleni naokoło rzeki i ruda burość wszędzie indziej.
. W końcu Taddert. Tam nocleg w szemranym hotelu. Alkohol i RTL7 po polsku w barze, zakrwawiony plaster w łóżku Stasia i gorąca woda w łazience na korytarzu. Piękna sprawa - tak ciepłej wody nie będzie aż do Casablanki.
Taddert(1650) - Tizi-n-Tichka(2260) – Telouèt (1800) – Achahoud - Âït-Benhaddou
Wspaniały (nie dla wszystkich niestety), wyczynowy dzień. O świcie wspinaczka serpentynami na Tizi-n-Tichka (2260m). To najwyższa przełęcz w Maroku, choć nie tak spektakularna jak Tizi- n-Test. Wjechaliśmy w niezłej kondycji (złapałem gumę), ale osłabionych dopadł sprzedawca pamiątek. Po niemal godzinie udało się nam wywinąć z dwoma sache o potwornym niebieskim farbującym kolorze, czerwoną czapeczką a-la Lonely Planet (Michał), metalową buteleczko-puderniczką i flakonikiem "pudru mineralnego". Sto coś dirhamów po długim targowaniu,
. co było ceną równie wygórowaną jak sama przełęcz, ale przynajmniej nauczyliśmy się wiązać te szmaty.
Podczas zjazdu z przełęczy zdecydowaliśmy się na scenic route: 80km jazdy prastarym szlakiem karawan wzdłuż Asif Ounila. Początek, do Telouèt był niezły, jeszcze asfalt, kolejna guma ku radości chłopaków (moja wina, nie znalazłem mini-szkiełka które przebiło dętkę na podjeździe na Tichkę), którzy pojechali naprzód i czekali wyluzowani na 53 kilometrze. Potem obiad w Telouèt, wizyta na targu, rzut okiem na fort i jazda dalej.
Asfalt szybko się skończył. Wertepy, gliniane wioski, strumienie przekraczane w bród, Rock the Kasbah. Staś cierpi (kolano i dzieci - bon bon, dirham), resztki whisky ze sklepu wolnocłowego nikną, wtarte w skórę. Dobrze że wichura daje w plecy. Zupełnie niewiarygodna dolina, co chwila twierdze (Kasbah), wykute w ścianach skalnych okna. Zieleń rzeki odcina się od czerwonej okolicy. Mija nas jeden terenowy samochód, ale na jednym ze zjazdów z płaskowyżu do rzeki ma sporo kłopotu - bardzo wąska, stroma, kamienista droga nad przepaścią. Rower szosowy daje żyć.
Wypragniony asfalt, i łagodny zjazd: 75km/h, mój nowy rekord. Do Âït-Benhaddou, wjeżdżamy niesieni wiatrem po zmroku. Niezły Hôtel Restaurant la Kasbah ze śmiejącymi się recepcjonistkami, rowery w patio, woda niezaciepła oczywiście. Na obiad couscous, suche to jakieś.
Âït-Benhaddou-Ouarzazate(1160m)(32km) - Agdz - Zagora(750m) autobusem
Rano zwiedzanie Âït-Benhaddou - największego i najlepiej zachowanego kasbahu w Maroku. LP informuje, że kręcili tu mnóstwo filmów (Laurence z Arabii, Jezus z Nazaretu). Twierdza robi wrażenie, część glinianych chatynek jeszcze zamieszkała, miejscowi oprócz sprzedawania pamiątek zapraszają do zwiedzania Maisons Berber.
Wyjazd do Ouarzazate, gorąc, kamienista pustynia wokół. Jesteśmy już za Atlasem i to widać i czuć. Znów guma, tym razem z powodu dziury w oponie na środku bieżnika (dętka jechała po asfalcie). Starość nie radość, opona miała już swoje kilkanaście lat. Łatam wizytówką Michała i gonię chłopaków. Jedzie się super, ale Michała kolana w strzępach. W mieście myślimy już tylko o dworcu autobusowym, a szkoda - dalszy kawałek drogi na wschód przez pustynię wzdłuż rzeki Drâa jest super.
Dworzec znaleziony dzięki bardzo miłemu chłopakowi. Potem bilety, długie oczekiwanie na autobus, potem ładowanie sprzętu na dach (10 dinarów się należy - tu nie ma targowania) i czekanie na odjazd. Tłum coraz większy, jakaś kobieta z pomalowanymi henną stopami, obok siada pan oficer.
Przystanek w Agdz po wspaniałej przełęczy po drodze (ach, dlaczego nie rowerem). Spotykamy Polaków z samochodem. Podczas jazdy obserwacja. Mała dziewczynka pod opieką starszej pani patrzy na czekoladę którą wcinamy. Wzrokiem pytam, czy można poczęstować. Twierdzące skinienie głową. Podaję tabliczkę czekolady, pani bierze, daje kawałek dziecku, resztę chowa do torby na potem. Polecam najpierw zjeść potem częstować.
Zagora o zachodzie słońca, przyjemny Hôtel Vallée du Drâa z dachem na który można wejść i robić zdjęcia. Dogadujemy się z murzyńskim biznesmanem po długich negocjacjach przy herbacie na nocną wycieczkę wielbłądami następnego dnia wieczorem.
Zagora - Tamegoute Dunes - Zagora (60km), mercedesem do Oulad Driss, wielbłądami na pustynię
Chłopaki śpią, ja godzinę przed świtem wsiadam na rower i posuwam 30km na wydmy Tinfou za Tamegoute. Pustynie w tych okolicach są kamieniste, więc jak pojawi się jakiś kawał piachu to od razu wyrastają namioty, wypożyczalnie wielbłądów itd. Te wydmy są pierwsze jadąc w stronę Algierii, są przy drodze, więc i dwa hotele wybudowali. Do granicy stąd już tylko kilkadziesiąt kilometrów. Zdążam z trudem na wschód słońca. Powrót nie jest łatwy, wiatr zaczyna dawać w oczy, nie mam pieniędzy, nie mam wody, nie mam jedzenia. Spotykam chłopca na rowerze, który zaczyna od podziwiania licznika rowerowego a kończy na prośbie o pieniądze na taksówkę do szkoły. Pięknie, ale nie mam ani grosza i sam umieram z pragnienia.
W końcu wracam, obowiązkowa fotka przy tablicy Tombouctou, 52 dni wielbłądem. To zdjęcie, tylko z różnymi twarzami i różnymi rowerami można znaleźć jeszcze w wielu miejscach. Budzę chłopaków. Godzina obserwacji miasteczka z dachu hotelu, wzbiera się wiatr - to pora burzy piaskowych. Ładujemy się do kolejnego mercedesa (jakby czterech chłopa było za mało, na dachu jakiś ogromny zwój kabla). Route tres dangerous - accident terrible ici mówi kierowca i rozwija gazetę na kierownicy. Jak zwykle zdjęcie robię za późno. Route jest rzeczywiście niebezpieczna, trochę jak szosa przed Radomiem - równo, pięknie, ale jeden z mijających samochodów musi zjechać na pobocze.
Kilkugodzinne czekanie na wielbłądy w oazie. Przy wyjeździe wiatr i piach dają tak, że podziękowaliśmy sprzedawcy pamiątek z Tizi-n-Tichka. Obiektywy do dziś pamiętają te kilka zdjęć i chrzęszczą trochę. Wielbłądy idą wolno, bo nomad-przewodnik na piechotę. Po godzinie - dwóch dochodzimy gdzieś, rozbijamy wielki namiot. Nomad rozpala ogień w namiocie. Najczęściej zjeżdża, tak jak pod Radomiem. Na zewnątrz lata piach, w środku dym, nie wiadomo co lepsze. Ale łzy z dymu wypłukują piach z oczu, więc może nie jest tak źle. Obiad dobry (resztki skórek dla wielbłądów) herbata też, jak zawsze.
Zasięg jest.
"Jak zaśniemy to nas wszystkich zabije" - "Eee, nie, przecież się modlił dopiero co" - "Pewnie, jak to przed rytualnym mordem".
Nocny autobus do Casablanki. Przy otwarciu jogurtu coś tam prysnęło w ciemność. Po przystanku wracam do fotela, a któryś ze współpasarzerów z pretensjami, że pochlapałem mu but. Nic specjalnego nie widać, no ale widać to zrobiłem. Atmosfera robi się napięta, sąsiedzi patrzą z uwagą co będzie. Przyznaje rację, przepraszam... "A niee, nie ma sprawy" i uśmiechając się wszyscy siadają.
Inna fantastyczna rzecz: autobus wyjeżdża z Zagory totalnie obładowany ludźmi. Od czasu do czasu, na okrzyk pomagiera kierowcy, wszyscy którzy stoją w środku (nielegalnie najwyraźniej) padają na ziemię. Policja zatrzymuje autokar, gada coś z kierowcą i pomagierem i jedziemy dalej. Wszyscy wstają. Od Ouarzazate już luźniej.
Wspinamy się na przełęcz, zjazd jest niezły, bo wygląda jakby autobus nie miał już ogładzin na klockach hamulcowych. Ale do Taddertu zjeżdżamy w nocy, podobnie jak wiele innych, konkurencyjnych autobusów. Tam wszyscy wylatują na godzinę na zewnątrz (to pierwszy normalny postój), zamawiają kurczaki z rożna i inne frykasy. To jedyne coś, co skończyło się małymi sensacjami żołądkowymi, ale bez przesady.
Bardzo krótki postój na obrzerzach Marrakeshu, a potem...
Wysiadamy na Casa Voyer jeszcze po ciemku, obowiązkowe 10 dinarów za rowery z dachu. Tam chwila strachu - pytamy o dworzec kolejowy, a pan na to, że to nie Fez. Fez? Ale to kawał drogi na wschód? A to nie chcecie do Fezu, to dobrze, bo jesteście w Casablance. W końcu jedziemy do centrum. Głównie w dół, ale Michał pedałuje już tylko jedną nogą. Dojeżdżamy do Casa-Port (dworzec kolejowy), kupujemy bilety i o świcie wypijamy kawusie w kawiarni z najgorszym kiblem jaki widziałem od lat. Pedałowiec, wszystko wypływa niemal pod stoliki. Ten pierwszy czuje się winny wobec tego drugiego, bo każda wizyta pogarsza sprawę.
Zostawiamy rowery na parkingu strzeżonym i lądujemy w starym Hôtel Plaza, w świetnym stylu. Gorąca woda. Chłopaki śpią, ja ruszam na poszukiwanie wywoływacza slajdów w godzine. Jest kilka profi-labów, ale terminy na slajdy za długie. Kupuję więc muzę do soundtracku do pokazu do Warszawy. Pytam o coś z Haute Atlas, dostaje płytę, ale dopiero po przegraniu jej (na miejscu, jak CMR Digital) w sklepie. Dopiero po roku okazuje się (dzięki CDDB, i serwisie z Windows Media Player - lepszym), że ta płyta to była Charifa.
Śpiochy się budzą, jest gorąco, przez stare miasto ruszamy do meczetu Hassana II. Jest niezły, choć Michał grymasi. Bookujemy drogą wycieczkę (a jednak ISIC się przydał) i idziemy na plaże, bo termin odległy. Kąpiel w Atlantyku, na niezła plaży piłka nożna odchodzi.
Powrót przez stare miasto męczy bardzo, bo gorąco, łykamy jakieś słodkie słodycze na ławce, potem pamiątki (książka kucharska, skórzany wielbłąd, czajnik do herbaty).
Ostatni etap to już tylko pociąg i samolot. Pojechaliśmy znów przed wschodem słońca (to już mój czwarty dzień sprzed wschodu słońca pod rząd) pierwszym pociągiem, ale pan z Alitalii i tak protestował, że się pakujemy z tymi rowerami, skoro on ma tylne cargo wyładowane miętą, a przednie rybami. Ale i tak się zmieściliśmy. Lokalny obsługiwacz musiał rozepchnąć nogami obudowę taśmociągu, żeby rower przelazł.
A w Warszawie syf i deszcz.