Do domu • Log • Zdjęcia • Mapa • O kraju • Linki

O Maroku dla rowerzystów

Kraj

Powierzchnia 711 tys km kw, ale jedna trzecia to Sahara Zachodnia itp, 29 milionów ludzi, Islam, na południu pustynia totalna (Sahara Zachodnia), na wschodzie trochę mniej totalna, dużo gór, w tym najwyższa Afryki Północnej (Jebel Toubkal, 4167m). Kilka przełęczy drogowych ponad 2 tys m (Tizi-n-Tichka, Tizi-n-Test)

Klimat

W marcu 20-25st na zachód od gór, 25-35 stopni na wschód od Atlasu Wysokiego. W górach lód na szosie, pługi jeszcze w gotowości. Deszcz padał raz w ciągu 8 dni. Marzec to miesiąc burzy piaskowych - były indeed.

Dos/Don'ts

W mieście liberalnie, w Casablance to już w ogóle (za to też im się dostało w ostatnich zamachach). Poza miastem znacznie bardziej tradycyjnie, im dalej za góry tym bardziej. Kobiety chodzą różnie, choć jak zwykle lepiej być po stronie konserwatywniejszej. Rowerzyści lokalni w lycrze, ale albo jeździliśmy bardziej ubrani, albo zakładaliśmy szary polar i spodnie na koszulki rowerowe na postojach - po co ludzi denerwować naprężonymi bicepsami. Lewej ręki nie używa do podawania czegoś czy pozdrawiania (nieczysta, do podcierania tradycyjnie, ale widzieliśmy pozdrawianie i tą).

W rozmowie wypada ogólnie pogaworzyć, a potem dopiero przejść do rzeczy. Uwaga na politykę. Alkohol w miastach i czasami (rzadko) w hotelach.

Ludzie

Super oczywiście głównie. W turystycznych rejonach (a to oznacza większość Atlasu, trochę mniej na wschód od Ouarzazate) dużo marketingu. Ale wypić herbatkę można i bez kupowania. Dzieci mogą być męczące: dinar, stylo, bon-bon itd. Nieislamskich Kościołów w terenie nie ma. Główne grupy etniczne to Beduini, Arabowie, Maurowie i Tuaregowie, ale ci ostatni to raczej legenda przejawiająca się w historiach sprzedawców pamiątek, prawdziwych w Maroku prawie nie ma. Dwie historyjki (są też w logu):

Mała dziewczynka pod opieką starszej pani patrzy na czekoladę którą wcinamy. Wzrokiem pytam, czy można poczęstować. Twierdzące skinienie głową. Podaję tabliczkę czekolady, pani bierze, daje kawałek dziecku, resztę chowa do torby na potem. Polecam najpierw zjeść potem częstować.

Nocny autobus do Casablanki. Przy otwarciu jogurtu coś tam prysnęło w ciemność. Po przystanku wracam do fotela, a któryś ze współpasarzerów z pretensjami, że pochlapałem mu but. Nic specjalnego nie widać, no ale widać to zrobiłem. Atmosfera robi się napięta, sąsiedzi patrzą z uwagą co będzie. Przyznaje rację, przepraszam... "A niee, nie ma sprawy" i uśmiechając się wszyscy siadają.

Języki

Arabski, francuski. Mój francuski wystarczał na luzie do komunikacji, większość ludzi jakoś zna, udaje, że zna, bądź znajdzie kogoś obok kto zna. Osoby trudniące się sprzedawaniem czegokolwiek (biletów na autobus, pamiątek) angielski często nie jest problemem. Zbywanie natarczywych sprzedawców odzywką po polsku też jest niebezpieczne - mają chłopaki smykałkę do języków.

Bezpieczeństwo

Rewelacja. Może inna kultura, ale kultura - podejrzewam że zapięcia do rowerów w ogóle nie były potrzebne. Choć można poczuć się trochę porażony tym, że wszyscy wiedzą jak się wsiada do autobusu (i jak ładuje bagaże na dach), a ty nie.

Drogi, kierowcy

Te drogi którymi jeździliśmy dobre, także w miastach. O kierowcach przyjęło się mówić źle, ale właściwie nie przypominam sobie jakiegokolwiek problemu. Bezpieczniej niż w Polsce. Boczne-boczne drogi bywają gorsze, a szutry (czy raczej skały) są naprawdę fajne. Sporo niziutkich mostków, które gdy jest sucho (a w marcu było sucho w miarę) są mostami, a gdy rzeki większe, zamieniają się w brody. Ale na rowerach można bez większego kłopotu było takie przejeżdżać. Super ciężarówki - po serpentynach posuwa pojazd wyższy niż dłuższy, załadowany po dach paki, a na pace druga, a tam krowa na kabanosy.

Jedzenie inne niż kabanosy

Włoska kuchnia jest lepsza. Super herbata w srebrnych czajniczkach, "zielona prochowa", z górą cukru (dla turystów czasami pozostawiają gorzką opcję, ale to jest dla mięczaków). Couscous to miejscowa specjalność, ale to chyba jedno z tych legendarnych dań które zawsze nie są takie jak powinny być ("bo prawdziwy couscous..."). Te wersje które jedliśmy nie były jakieś super. Fantastyczny chleb. W nieturystycznych rejonach naprawdę hard-core'owe doświadczenia kulinarne. W Hajjaj  usiedliśmy w lokalnym "fastfoodzie" i z dużego gara dostaliśmy trochę czegoś co wyglądało jak flaki owcze. Muchy, jadło się rękami i pajdami chleba. Zero kłopotów żołądkowych potem. Małe kłopoty po kurczaku w Taddercie na przerwie w drodze do Casablanki, ale nic poważnego.

Sklepy, woda, batony

Sklepy w miarę - w miarę, oczywiście zależy gdzie się jedzie. Zawsze lepiej mieć dwa bidony pod ręką. PETy z wodą i colą, czekolada, orzechy, soki, wszystkiego dużo, jak to w gospodarce rynkowej.

Hotele itp.

Tam gdzie turyści bywają, są i hotele. Ale w El Borouj, choć spore miasto, nie było nic (to bolało). Dalej na wschód, w górach i na pustyni, nie ma kłopotu. Miejsca były. Kible w miarę normalne, woda najczęściej zimnawa albo zimna, nawet w miejscach bardziej upmarket. Po krzakach nie spaliśmy, ale każde drzewa oznaczają osady ludzkie - problem nawet "postojami technicznymi", trzeba lać na polu.

Ceny

Jak na Afrykę, tanio. Bardzo stabilna waluta (była w 2002 roku przynajmniej) - za naszych czasów było 10 dinarów do dolara i już. 160 dinarów za pokój to już limit luksusu. W 100 często można się zmieścić. Chleb bardzo tani (US$0.10).


Do domu • Log • Zdjęcia • Mapa • O kraju • Linki