Opowieść Darka:
NOV 28 /29
Lima tlok i smog. Do camana pietro busem z kolacja i obrazona hostessa
pokladowa w stroju ukrainskim. Kiwa niezle. Gorny poklad ma wys wzgledna 1.6m
dla miejscowych w sam raz. Pustynia lamana przez morze i zieleni brak . Michal
prezentuje defetyzm gdyz katar. Ja mam dosc przykurczu transportowego. Czytam o
norymbedze. Suche to i smutne, michal szuka alternativ road. Kierunek kanion del
colca. Poczatek b ostro 1.45h bez wytchnienia pod gore. Ok tys m npm. Wilgotno
poczatkowo pod chmurami. Wyzej we mgle. Bez odpopczynku dobre tempo. Potem
jakies nijakie wyplaszczenie. Znow lekko w gore. Slonce niespodziewanie i
silnie. Juz mam rece kark i lydki opone. Slabosc. Ziewanie. Cukier slabo. Sklep
ze znudzonymi policjantami. Sok mango co sie kiwi zwal. 2 but i w droge. Koniec
w zakurzonym Tambillo na 1450m. Lacznie cos sto km. Hotel porzadnie zakurzony.
Piwo teraz. Negro pyszne maja. Zmeczenie ogolne. Jutro szuter bez wody raczej po
drodze.
NOV 30
Start tambillo 1400mnpm. Jajecznica z cebula frytki salata z pomidorow.
Poczatek Malo obiecujacy. Droga fatalna piach kamienie. Szara pustynia. Brak pkt
odniesienia. Zar pali skore. Ilosci warstw sunblockera nie licze. Gory na
horyzoncie. Zblizamy sie b powoli. Constans pod gore. Gdzies na 20km wcielismy
sie w pasmo. Pasmo udrek i jekow. Kazdy kilometr wykrecony wypocony. Ciezko.
Niebo bezlitosnie blekitne. Liczylismy na podjazd do cos 3200.... Kolejny zakret.
Kolejna serpentyna wciaz w gore. Po drodze osada. Liczylismy na sklep wode.
Brak. Tylko zamkniety kosciol. Na szczescie potok w dole. Woda jakby z
zawartoscia. Duze i widoczne..mineraly? Z Tambillo wzielismy po ok 3l. W polowie
drogi zatrzymalismy ciezarowke i w zamian za info ze w drodze na dol nie ma
policji dostalismy but wody. Cos w niej plywalo. Nie przeszkadzalo nam to. Na
3150 zatrzymalismy camionette. Wjechalismy nia spiac na workach z cementem na
3700. Nie spodziewalismy sie takiego rozwoju wypadkow. Czujemy uraze do gen
dyrekcji drog szutrowych rep Peru. Droga wciaz w gore. Chcac niechcac; ze
wskazaniem na niechcvac wspinalismy sie dalej. Bat w gps siadly ale wg obliczen
Michala zrobilismy 4250.. Slonce zaszlo. Momentalnie zimno. Mroz. Dlugie spodnie
czapka kurtka all co mamy zakladamy. Zjazd. Mocno w dol. Rece sztywnieja. Nogi z
zimna sie trzesa. Trudno utrzymac hamulce. Trzeba zjezdzac-nie mamy namiotu.
nizej niby mniej chlodno tak na logike.slabo to wychodzi. My slabo wygladamy.
Czucia w czlonkach brak. Trzesiemy sie. Wizja spania na pampie w worku i
sdpiworze nie kusi. Jest zle. ciemno. Mysli radykalne. Ciezarowke co jedzie z
przeciwka zatrzymujemy. Bez ogrodek proponujemy zawrotke. Oferujemy cos 150
soli. Kierowca niechetny. W koncu rzada 250.. Wobec perspektywy zamarzniecia na
pampie przystajemy. Nawet w kabinie trzesiemy sie z zimna. Mocno w dol. Trzesie
niemilosiernie. Przysypiamy skuleni ze zmeczenia. Huambo. Uspione miasteczko
wrota do kanionu del colca. Zimno. Hotel santa mariaoferuje odpadajacy tynk,
krzywa wylewke na podlodze i zimna woder z kubla. Cala droge mazylem o piwie.
Negra. Ciemne 0,6l. Ide. Czego kolarz nie zrobi dla ratowania rownowagi
elektrolitowej. Radosc jest sklep. Trofea szybko rozpijamy. Obmycie z rozsadku.
Chcemy wierzyc ze te cierpienia zmyja z nas kurz sklejony kremem i litrami potu.
Cieplo. Kocy kilka.
DEC1
huambo. Sniadanie u korpulentnej mamitas. Jajecznica ser na cieplo piwo
herbata z koki. Ruszamy. Ch podjazd od samego pocztku. Bezlitosne 10-12st przez
pierwsze 10km. Slabo. Chwile slabosci nawiedzaja. Wbrew pomyslowi. Naszemu.
Droga wciaz w gore. Nascie razy jestesmy gotowi obstawiac ze to juz ost zakret
pod gore. Celnosc slaba. Moc slaba. W koncu prelecz wyszlo 4140. Ch. Prawie tys
przewyzszenia (niespodziewanego) droga fatalna czuc ze rowery maja dosc. My tez.
Cabanaconde. 56km. Hotel zeby ciepla wode mial. Ma. Uroczy. Wymuskany. Biale
reczniki. Widok na kanion. Kolacja. Przed kolacja pr-gryzka lama z grilla
ulicznego cos 0,8sola. Dobre. Restauracja. Kelner zabawia nas po polsku- z
zapiskow zeszytowych. Biala koszula. Tylko sloma we wlosach nie licuje. Chcial
nas tak po polsku na rachunku na 20soli pojechac. Niewyszlo. Michal zapowiadal
ze no alco bo kicha i prycha. Klamal. Pisco sur. Pisco sur. Pisco sur. Piwo
negra. Pysznie. Podejscie pod hotel. Ciezko.
DEC 2
Cabanaconde -Chivay. Poczatkowo lekko tak miedzy 3200 a 3600, troche kretych
podjazdow i zjazdy bez fantazji bo droga do dupska. Koleiny miekki piach
kamienie tarka. Jakies dziwne odczucia mialem, spowolnione reakcje brak
logicznego myslenia, ale krecilo sie dobrze. Po pewnym czsie michal tez uznal ze
cos z tym dniem jest nie tak. Glod. Sniadanie lekkie. Wiec przerwa na rosol z
kluiskami. Lepiej. Wciaz jakies niopisana dziwna percepcja. Tunel ciemny
totalnie.na szczescie ruch znikomy. Chivay, przyjemny hotel na wzgorzu. Michal
chory jak cholera. Jednak aqua caliente. Genialnie.'odmaczamy sie w basenach.
Wieczorem kolacja. Pisco.
DEC 3
Piekny
poranek. Drzingle bells graja. Pani hotelowa wszystko myli. Placic karta mozna
ale +10proc. Ruszamy z Chivay. Plan przelecz 4900. No i poszli. Z pocztku
rozmowy. Normalnie z batuta i humorem. Serpentyny krecone. Wiatr jak w pysk w
plecy. Asfalt normalnie jak A4. Slonce tradycyjnie nioe odpuszcza. Pierwsze 600m
gladko. Jakis ser kabanos bulka. Ost 300m ch wiatr w pysk. Mocny. Studzi
entuzjazm. Ostatnia prosta (w rzeczywistosci jedna z prxedostatnioch) wiatr
zwala z siodla. Kolejny i nastepny ostatni podjazd. Plucie i klniecie. Wresczcie
wydaje sie ze to ten. Przelozenia bardzo malo ambitne. Zimno. Kurtka czapka.
Rece sztywnieja. Autobus przywozi na przelecz tubylca. Wysiada i tnie prosto
donikad. Ani sciezki anio stada czy chaty na horyzoncie. 4874mnpm. Twardziel.
Wyczekiwany zjazd. Q.'przeplatany podjazdami. Morale druzyny siada. Klniemy na
peru budowniczych drog i mostow ze sie na rzeczy nie znaja. Ze jak sie podjezdza
constans to od przeleczy nalezy sie w dol. Tylko w dol a nie jakies Q dogrywki z
wysokoscia. 1200m na przelecz, potem w dogrywce 400m wyszlo.zjazd dlugi i
nudny.pampa szara. Walczylismy o Canahuas gdzie powinien byc posterunek policji
i sznasa na zlapanie autobusu do Imaty lub santa Lucia. Zjazd okazal sie dluzszy
niz zakladalismy do tego zjazd okazal sie gl podjazdem. Brak sil. Brak woli
walki. Wreszcie buda z kola i kanapkami. Czekamy na autobus. Ost 20km busem,
lacznie samodzielnie cos kolo 70km. Widoki za oknem takie ze mysl o
przeludnieniu globu raczej niezakluca zwojow. Na posterunku policji lapiemy
autobus w kier lago tititaca. Zimno. Policjanci usiluja nas naklonic do noclegu
na ich check-pointcie. Syf straszny pozatym wizja noclegu w tow policji v
tititaca.. Wreszcie jest autobus. 1 wolne miejsce. Michal na koncu nianczy
smierdzace dziecko. Ja obok kierowcy na miejscu pomocnika. Zimno w tej kabinie
okrutnie. Szczeliny w drzwiach na cm. Proponuje lyk gorzkiej. Na rozgrzewke.
Kierowca nie gardzi. Wypijamy tak w atmosferze zrozumienia dla trudu pracu
szofera pol sporej piersiowki.Dojechalismy do Juliaca. Wieczorem pizza.
Najdrozsza pizza na pd polkuli. Piwo swoje ze sklepu. Konfuzja obslugio ale w
ten sposob wetujemy sobie wq melodyjke typu Merry Christmas.
DEC4
Kier
lago tititaca. Rano apteka syrop na kaszel. Efekt brak. Ruch spory. Wylotowka
jak w etiopii balagan. Lapiemy autobus. Kierowca wlk autobusu rulez. W PUNO
JESTEMY KOLO 12. Wraz z peruwianczykiem pracujacym na Fl i para amerykanow z
Coral Gables wynajmujemy lodz i plyniemy na najblizsza plywajaca wyspe. Z dalek
czuc ze cepelia. Przed wplynieciem na wyspe Peruwian Coast Guard.spia. Admiral
naszej 40konnej fregaty wciaz zachwal tez dalsze wyspy. Nam wystarczyla ta
jedna. Chodzi sie po tym dziwnie. Grzasko.niepewnie, choc kaptajn zapewnia ze
sie nie zapadnie. Budowa wyspy to 2-2,5m zbitej masy roslinnej ktora w suchych
okresach zalega pry brzegu. Miejscowi wycinaja z tego bloki ktore splawiaja w
poblize wyspy wiaz ze soba pokrywaja z wierzchu pedami cos jakby trzciny (na
krzyz). Cala wyspa jest przycumowana do dna kilkoma grubymi linami. Na wyspie
miedzy elementami prehistorycznego handmejdu mozna dostrzec baterie sloneczne i
prysznic. Mieszkncy zajmuja sie wkrecaniem turystow ze sa biedni i na nic nie
maja i sprzedaja chinska reczna robote oraz odtwarzaja szopke z uzyciem
wielofunkcyjnego diagramu oraz figurek i innego szitu. Dosc spadamy.
Przeplyniecie na druga str jez mialoby kosztowac 350dol. Bierzemy zatem
najlepszy hotel z widokiem na lago. Choroba nie odpuszcza. Prychamy i wydobywamy
z siebie inne dziwne dzwieki. Sauna parowa nai pomaga. Wieczorem kolacja
black-fish i peru wino.
DEC 5.
Rano lekarz. Tourists health. Stetoskop tlen, antybiotyki syrop tabletki od
choroby wysokosciowej. Zapewne staly zestaw. Poczatkowo odmawiam antyubiotyku.
Nasyt dnia wykupuje kolumbijski generyk. Stwioerdzam ubytek 3!!! Szprych w tyle
mojkego Krossa. Magik w Puno zasteouje je w 15min i perfekcyjnie centruje obrecz.
Michal znajduje wytesknionego fryzjera. Nawet miakl teorie ze przeziebil sie bo
mial za dlugie wlosy... Bus Juanica. Znow ten syf i bajzel. Ruszamt w kier
Lampa. Ma byc tam fiesta rozowe domki i gen fajnie. Mocny brak mocy. Ujechawszy
20km lapiemy camion wywrotke z 1980r. Trzesie. Ma luz na wszystkim, spiace
dziecko w kabinie brak jednej szyby i predkosc na oko nie wieksza niz 40km/h. W
Lampie rozowych domkow nie widac. Kosciol za to b okazaly. Przygotowania do
fiesty sa. Choroba - brak postepow. Kolacja w sklepie-czosnek parowki wienna
style o smaku styropianu i piwo.
Dec6.
Znow w Juliaca. Bus do Cuzco. Spuscmy zaslone milczenia. Slabo
DEC7.
Cuzco. Hotel ruinas. Bez przekonania. Lepiej ale moglobybyc znacznie lepiej.
Jakies gastryczne watpliwosci podeszly. Pociagi do MPitchu odjechaly miedzy 6 a
8 rano. Nie bylismy na tyle zdecydowani zeby sie tam pchac. Zreszt podobno tlum.
Tandeta cepelia i gen lepiej b indywidualnie. Ruszmy w maisto. Ladne - na tle
reszty peru pelne uznanie. Czysto. Ladna post kolonialna architektura. Przytulne
knajpy. Okazuje sie ze jest pociag do Aguas Calientes (u podnoza MPitchu) o
20.15 i mozna. Co prawda nie z Cuzco tylko z Ollantaytambo, ale tam z kolei
mozna collectivo (busem alias toyota w 5 os) dojechac w 1,5-2h. Robimy. Very
late Check out z hotelu. Obiad. Rowery zostaja na parkingu strzez vis a vis
hotelu. Taxi Tico po bilety PeruRail. Cenia sie. Ceny dla inostrancow wyzsze.
Znacznie wyzsze. Cos 36dol za 2h jazdy waskotorowka. Dojezdzamy do Ollantay
toyota (model ewidentnie uproszczony na rynki przyczajone do wschodzenia) piekna
dolina dobry asfalt. Zal ze nie rowerem. Ale jeszcze slabi jestesmy. W Ollantay
piwo w knajpce do ktorej po primo nikt nas nie zaganial (nieczeste) a po secundo
na kontuarze siedzi stwor na smyczy- cos na ksztalt aliansu swinki morskiej ze
swistakiem tylko wiekszy. Pociag. Zgrabna odprawa. Bileterka proponuje
hospedalje w Agua Caliente. I pyta do U LIKE IT?.. Przedsmak tego co nas czeka w
Agua. Agua Caliente. Kmpletny syf architektoniczny. Daszki kontygnacje kominy
media kostka materialy kolory dowolnie faluja konkuruja z sasiaem bija po oczch
wychodza na przeciw.bez pardonu. Stada kusicieli. Omijamy. Zmierzamy do
rekomendowanego przzez LPlanet hotelu nad potokiem. Przyzwoity bez nachalnosci.
Tani tuz pod oknem huczy potok gorski. Humory wracaja. Piwo.
DEC 8.
MPitchu. The plejs. Wsajemy 5. Zeby zdazyc przed tlumrem co ma sie w
nieunikniony sposob dzieki uprzejmosci PeruRail kolo 10 zaczac zwalac na the
plejs. Woli walki brak. Bierzemy bus. Jedyne 6usd a face one way! Sliczne nowe
busy. Kierowca w czpce szofera. Podjazd w gore. Zielen az kipi. Zachmurzenie
znaczne. Chmury wlewaja sioe w doline. Przed wejsciem do ruin typu the plejs
rewizja zeby jedzenia i sprzetu biwakowgo nie wnosic. Nas nie sprawdzaja.
Idziemy od razu na Long Trial. Ku jak sie okazalo swiatyni slonca. Gl czesc ruin
pozostaje pokryta chmurami. Szczelnie. Gdy dochodzimy do swiatynii chmury
sprawcza moca naszej skołowanej woli zedna. Kilka zdjec. Schodzimy w dol. Descz.
Sliskie kamienie. Deszc nie slabnie. Podziwiamy jkeden z obiektow slicznie
odbudowany i opatrzony tablica ortaz drutem zeby nie wchodzic. Wchodzimy bo
pada. Zaczyna sie ruch. Przewodnicy parasolki jednolite pouncza z polipropylenu.
Cepelia. Spadamy. Zmarzlismy. Na dole iodziemy do basenow z cieplymi zrodlami.
Rozgrywamy turniej rzutow kamieniami z dna basenu w uprzednio pieczolowicie
wybrany kafelek basenu. Dolacza sie mocno nieletnia topless. To ja ignaorujemy.
Idzimy na zupe przed podroza koleja. Zupa slaba. Za to na rachunku jakis
szemrany tax. Placimy bosmy zmeczeni. Bez napiwku. Okazlo sie ze nasz pociag to
wagon szt 1. Napchany po strych. Dostajemy mijesca zwrocone twarza do 2 osob
siedzcych naprzeciwko. Ciasno/przytulnie ciezkoznosnie. Po drodze obsluga
pociagu urzadza pokaz mody oferowanych w drodze sprzedazy bezposredniej wdzianek
z alpaki. Wesole to zdarzenie. Ubiory meskie w rozmiarze europejskim zalosnie
zwisaja na wagonowym. W Cuzco lapiemy sie na autobus. Podejzana nadobfitosc
pasazerow v ilosc miejsc. Gdy juz handlarki kukurydza i napojami wychodza na
podlodze zostaje kobieta i kilkoro dzieci. Opcja skorzystania z toalety slabnie
znaczaco. Baba za nami o rozmiarach dupska porownywalnych do skrzyni zuka
wonieje niepierwsza swiezoscia. Pozostale baby podobnie. cos tam wietrzymy, wino
robimy. Lekko sie poprawia. Spac trudno. Trzesie okrutnie. fotele dostosowane
rozmiarem do miejscowych. Po drodze kontrole roznej masci policji finansowej
przegladajecej bagaz podroznych. Jakos sie toczymy.
DEC 9.
Bus andahuaylos - ayacucho. Luk do ktorego pakujemy rowery deko fladra
podjezdza. Nic to. Sakwy w worki foliowe. Mate de coca w przydworcowej cafe.
Jedziemy. Bus nie pozostawia watpliwosci jakimi drogami bedziemy jechac.
Zawieszenie ciezarowki potezny przeswit. Od poczatku stromo pod gore. Trzesie i
kurz. Constans w gore. W pewnym momencue ostry zakret. Polciezarowka za szeroko
albo my za ciasno. Niewazne. Prawie dzwon. Spor szybko eskalowal. Bitka z
uzyciem piesci przezwisk (tresc nieznzna natezenie emocjonalne wysokie) i
kamieni. Kier autobusem z pomocnikiem zyskal przewage i rane glowy. Adwersarz z
toyoty kuro-wozu raczej bez szwanku wyszedl ale potepiony przze pasazerow. Zwrot
i wracamy kilka kilometrow do gminnej kliniki. Ot krewcy gorale. Wznosimy sioe
dalej. Wykroty strumienie glazy nasz bus dzielnie pnie sie w gore my
podskakujemy. No mercy. Cos 400km w 21h.... Kurz. Przystanek pozywieniowy.
Jkaies niezle sliwki jemy. Kolejna wspinaczka na cos 4500 i w dol. Niezliczona
liczba serpentyn. Zakrety po 80st. Wreszcie zasieg kom i widac jakas
inftprastrukture energetyczna. Znaczy zblizamy sie. Lyk pisco na wiwat. Zblizamy
sie tak jeszcze 1h...dosc. Rowery i my zakurzeni kompletnie. Skurczeni
wytrzesieni. Ayacucho mile miasteczko. Fajny hotel'z podcieniami i fontanna na
dziedzincu. Kolacja w knajpie w ktorej buszuja 3 myszolowy z przycietymi piorami.
DEC 10.
Ayacucho -Casacancha. Problem wystapil ze znalezienim drogi wyjazdowej z
Ayacucho. Stosujac sie do udzielonych rad wyjechalismy na boisku. Zwrot i mimo
min lokali wskazujacych ze Casacancha to jakos niebotycznie wsyoko jest toczymy
sie. Serpentyny wzorcowe niezbyt strome. Wiatr nie kaplikuje sprawy. Podjaz bez
wiekszych problemow.'kaszel. 1przystanek celem zeby sok. Po drodze para
francuzow potwornie objuczona 15miesioecy w podrozy! Przerwa na lunch w
Arizonie!!! Duze pyszne porcje. slonce. Len nas dopadl. Ale trzeba jechac.
Poczatek w dol az do 3280. Potem w gore niezbyt ostro ale gora. Koncowka pod
wiatr. Konczymy w baraku co pelni funkcje gastronomiczne dla zaplecvz bud drogi.
Opcja spanioe na zlaczonych krzeslach lub na ziemi. Policjanci ktorzy wystawili
pkt kontroli przy drodze informuja ze tuz obok sa agua caliente.. Cod. Idziemy.
W niewykonczonyum bud cos na ksztalta betonowej niecki. Woda parzy. Cudownie.
Zmecznie spotegowane. Ledwo wracam do knajpy. Spimy na 3955!! Lacznie 77km.
DEC11.
Zimno.
Spalismy na prawie 4tys m npm na 2rzedach krzeselse dostawionych do siebie
przodem. w nocy switnie sluchac huk przejezdzajacych ciezarowek. Przed switem
budzi nas tumult w kuchni-spimy na jej zapleczu. Wstajemy zmarznieci. Za oknem
papuga domaga sie od gospodynie pozywienia. Wcina cwana z reki i robi wesoly
zamet. Sniadanie i ruszmy. Kier Santa Ignes po drodze przecz 4750m. Ciezko choc
wiatr sprzyja. Jakis kaszel katar inne dolegliwosci. Wreszcie jest. Przelecz.
Zaliczamy i spadamy bo zimno. Zjazd czesciowo pod wiatr. Mocny. Trzeba dokrecac.
Spotykamy pare belgow mozolnie zdobywajacych przelecz ktora wlasnie zaliczylismy.
Maja b cwana mape. B precyzyjna. Zrodlo nieznane pozatym ze Intertnet. Zjazd
lagodnieje i po przecieciu rzeki staje sie regularnym podjazdem. Psychicznie to
ciezkie. Dokrecamy do check pointu za ktorym droga rozwidlasie-asfalt na Pisco i
szuter pod gore do... santa ignes. Jedziemy ok 20km. Lekko pod gore. Sily sa
motywacja mniejsz. Zatrzymujemu pickupa. Ost ca 10km z inzynierami wygodna
toyota. Santa lezy nad laguna. Laguna urocza. W Santa mucho frigo! Lacznie 1400m
przewyzszenia i 82km. Spimy rekordowo wysoko na 4500!
DEC12.

Santa Ignes. Wody brak. Zimno. Zupa ala krupnik na sniadanie. Ubior kompletny
zimowy. Wiatr nie sprzyja. Poczatkowo wokol laguny nieznzcnie w dol. Droga slaba.
Lekka awaria mojego bagaznika. Serwis plastrem opatrunkowym. Droga zaczela
wznosic sie nieznzcnie. Lekki deszcz. z czasem ostrzejszy podjazd. Serpentyny.
Widac juz przelecz 4850. Momentami deszcz przechodzio w grad. Mamy fart, mimo
wskazan mapy droga na kolejna najwyzsza przelecz zacyna sie wprost na prz-leczy
4850. Jedziemy bez odpoczynku zeby sie nie wychlodzioc. Podjazd mokry nioezbyt
stromy. Grad. snieg. Cos 40min i jestesmy. Super 5059 nasza. Zdjecie lyk
gorzkiej, dodatkowe rekawiczki i torby foliowe na rece i zsuwamy sie. Euforia.
Zjazd monotonnyu droga zla, leje po bombach. Ponad 1300 w dol. Michal przytarl,
potem ja, naszcescie niegroznioe. Bagaznik mi sie rozpadl. Naprawa guma do
spinania bagazy. Niby w dol ale dokrecac trzeba. Koncowka stroma b malownicza
wawaozem. Bloto oblepia. Ambulans na sygnale nas minal. Szybki co ze 40km /h
jechal ale usrtapilismy karnie. Lacznie 90km. W Huanavelica mycie rowerow. piwo.
Nalezy sie.

DEC 13/14.
Huanavelica pociag typu jeden wagon diesel made in japan w 1968. Do Huancayo 4h.
Predkosc porównywalna do przewozow regionalnych PKP. Co jakis czas na torach cos
zalega lub pojawia sie znienacka bo hamowani gwaltowne czeste. Cos ponad 30
tuneli. Niezbyt dlugie. Okolica malownicza nieco blotna. Mokre jezdnie nie
nastrajaja. Z Huancayo na kolach palsko w kier la Oroja. Nudno.nudno. Plasko.
Stop over w barze na lemoniade i oreo. bus i z nim do Morococha W dolinie
deszcz. Intensywny cholera. Dolina w sam raz do krecenia. Cholera. Wysiadamy
przy drodze. Cholera gornicza osada. Cholera 4500mnpm. Zimno deszcz. Blotny
dukt. Hotel KWK odrzucilby przodowych z Raciboza. Stolowka. Obsluga zenska b
kontenta zesmy nie gornikami w kaskach. Kazda kompania górniczo wiertnicza ma
swoj stol z termosem i bulkami. Zmiany przychodza falami. Zimno cholera. Idziemy
spac. Lozko pietrowe. Mischa zajmuje gorny poklad. Lozko wydaje trzssk i
lekkiego przechylu nabywa. Potem mischa wydaje chrap. Budzimy sie w nocy bo
doplyw powietrza slaby mocno. Wietrzenie via otwarte drzwi glowne nie jest po
mysli gornikom. Interwenjuja. My nie. Rano zimni i detka w blocie. Cholera
biegam z obrecza w obcislych gaciach po tym cholernym gorniczym miasteczku w
poszukiwaniu wulkanizatora a kajtki maja ubaw. Generalnie obcisle gacie sa tu
passe. Ruszamy. Najpierw mnogosc ciezarowek i oddech dieslem. Potem coraz
chlodniej. Jakas laguna gornicza. Mnostwo urzadzen do grzebania w ziemi. Gornicy
pozdrawiaja i jest git. Kilka serpentyn i przelecz. Nieco niespodziewana. Mialo
byc 4850 bylo 4820. Coz taka mape niemcy nam wydrukowali. Na przeleczy pelen
ekwipunek anty wiatrowy. opakowania pcv na konczyny incl. Zjazd. Niedowiary.
Twarze sie smieja. Cos lacznie cos 130km constans w dol. Na serpentynach
wyprzedzamy parokrotnie autobus typu super kama co nas obtrabil szpetnie. Czuc
ze kierowca ma do nas uraz za ten dyshonor. My tez. Jeszce raz i znowu go
wyprzedzamy. Jest git. Na twarzy i w plucach czuc mase sadzy. Diesle maja tu
okazale dymiace. Na rogatkach limy wyscig z moto ryksza. Na niskiej wysokosci
czujemy moc. Lima. Przejazd taka a la trasa lazienkowska. Obtrabieni i zyzywani
od idiotow. Hotel bardzo romantic. Normalnie queen bed i HBO. Pisco sour. No co
nalezalo sie nam. Kolacja mariscos.szeroko.

11 do 15 grudnia jechaliśmy z Achapuco do Limy. Czyli z 2700 do 0m npm. Ale w międzyczasie kilka przełęczy było > 3900, 4746, 4856 i w końcu 5059! Najwyższa przejezdna przełęcz Ameryk. Nie ma juz po co wracać. Spaliśmy dwa razy na ok 4500. Na deser, przed zjazdem do Limy jeszcze 4818 (także najwyższa w Amerykach i druga na świecie przełęcz kolejowa i zjazd jakiego chyba nigdzie nie ma 130km z 4818 na 78mnpm. Niesamowite!
I to na tyle - w sumie przełęcze następujące (większe)
4200
4040
4873
4746
4856
5059
4818
Na razie starczy Ameryki Płd - teraz Tybet!
7 grudnia z Cuzco do Aquas Calientes i 8 grudnia rano na Machu Pichcu idziemy
4-6 grudnia - delikatny łączony rowerowo-autobusowy ruch Puno-Cuzco, z udziałem Juliaca, Lampa, itp.
3 grudnia: cel wysoka przełęcz miedzy Chivay a Arequipa. Startujemy jak zwykle bez zbędnego pospiechu. Piękny asfalt. Na dole 3600m. Do 4570m idzie spokojnie i gładko, trochę wiatru ale w 2h15sec zrobione. Potem - ciężej. Wiatr wmordewind, i górki w gore i w dół kiedy wydaje się ze juz powinno być tuz-tuz. Ostatnie 300m zajmuje 1.5h, wjeżdżamy w końcu na 4873m. Zjazd - chała, 200m w dół 150m w gore, wiatr bajdewind, żadnej przyjemności z jazdy. Więcej tam podjazdów niż zjazdów. W końcu lądujemy w jakiejś stanicy i ze skrzyżowania głównych dróg, łapiemy bus do Juliacy. Ok 70km wszystkiego, 1.8k przewyższenia
2 grudnia: Cabanaconde-Chivay. Droga wzdłuż kanionu Colca, zresztą odkrytego i eksplorowanego przez Polaków. Niby łatwo, ok 65km, ale bardzo kiepska nawierzchnia i ciągle wysoko. Kanion miejscami niesamowity. Kondorów nie zaobserwowaliśmy. W Chivay wieczorem podjechaliśmy do aqua calientes - bardzo profesjonalny kompleks 5 czy 7 różnych basenów - różne temperatury, na otwartym powietrzu tez, bardzo to dobre.
1 grudnia: Huambo-Cabanaconde. Po ciężkim bardzo poprzednim dniu ruszyliśmy w krotki odcinek (ok 50km). Najpierw wyjazd z miasta super ostry po kamieniach 11%, taka inauguracja, później nawierzchnia kiepska ale powoli w gore. Zielono, woda, uprawy - duża różnica w porównaniu z początkiem. Przełęcz na 4040 i ostro w dół do Cabanaconde, na samym końcu lekki podjazd. Hotelik bardzo miły w Cabanaconde - Wassi costa, ale duży plus, z upraniem towaru, ciepła woda, duże ładne pokoje i widok za ok 75zl. Wieczorem obsługiwał kelner z zeszytem z polskimi słówkami. smaczinego, mdlo pana pospać itp.
30 listopada: Najcięższy etap, z Tambillo do Huambo. Nie znaliśmy jeszcze specyfiki naszej mapy i liczyliśmy na dojazd do Cabanaconde, w końcu startujemy z ok. 1400, Cabanaconde na 3300, pewnie równo w gore, bez hopek, ok 120km, może sie uda. Udać to się mogłoby się w Alpach... W końcu ten odcinek okazał się ok 5000m przewyższenia i z 200km. Zrobiliśmy dość sprawnie wjazd na 3250. Potem złapaliśmy ciężarówkę widząc, ze w tym tempie i Huambo jest niemożliwe. Potem wjechaliśmy z 3750 na ok 4200. Kiedy przyszło do zjazdu słońce zaczęło zachodzić. W Ciągu następnych 20 minut wydarzyły się 3 rzeczy:
- zapadła całkowita ciemność
- temperatura spadla z 11st na 0 (zamarzły nam palce w rękawiczkach)}
- okazało się ze to nie ostatni zjazd, ale jeszcze trzeba podjechać 400m i zjechać tyle samo.
Udało się nam zawrócić jakąś ciężarówkę i zawieźli nas do Huambo (jakiś totalne Hospedaje bez wody). W sumie ok 2500 przewyższenia i 100km jazdy, ale mogę się mylić, Darek pamięta dane.
29 listopada: podjazd z nad morza (Camana) do Tambillo, ok 80-100km i 1800 przewyższenia, asfalt, pustkowie, nic ciekawego poza zagłębiem jogurtowym.