Do domu • Rowery Michała • Rowery Stasia • Zdjęcia

Rowery Mateusza

Dotarł ostatnio do nas list od Wiernego Czytelnika opisujący swoje, gorzkie przeżycia w tej materii.

Jako bracia rowerami się oczywiście dzielimy, podział własnościowy jest dlatego płynny. Ponieważ pierwszy zacząłem o tym pisać, to i przywłaszczyłem sobie większość maszyn... No, ale i ja jeździłem na największej ilości rowerów z nas trzech. Najpierw jest o osprzęcie turystycznym, potem o rowerach, bo te są niepowtarzalne i informacja o nich nie jest raczej praktyczną wskazówką dla innych internautów.

Sprzęt turystyczno-rowerowy

Foteliki

Jeden wiklinowy na przód, cool, ale trudno go zamontować przy klamkach z przerzutkami bez jakiś operacji. Wyjątkowo dobrze wkłada się go na szosówce, ale tam trzęsie. Drugi fotelik to jakiś no-name z Auchan. Na pałąku, tak jak trzeba.

Najnowszy zakup to przyczepka na dwoje dzieci, która jest fantastyczna, choć niewypróbowana jeszcze w trasie. Dzieciom (obu) się podoba, trochę strach na drodze, ale logicznie rzecz biorąc nie powinno być bardziej strach niż z fotelikiem - widać ją ze światłami, chorągiewką i w kolorach. Jest tylko trochę szersza od roweru.

Sakwy

Najczęściej używaną jest teraz Carradice Super C saddlebag, 23l torba podsiodłowa, którą można podczepić w rowerach bez bagażnika (takich jak moje szosówki). Da się tam też przyczepić na zewnątrz karimatę, śpiwór czy kurtkę. Staś i Michał mają bajeranckie Ortlieby, my z Agnieszką jedynie żałosne polskie noname'y, paskami montowane do bagażnika i z plecakiem przyczepianym na zamek na górze (zamek w jednych już się zepsuł).

Liczniki

Sigma Sport w kilku rowerach, seria 800 ostatnio, z potwornym wskaźnikiem jazdy powyżej/poniżej/równo ze średnią. Właściwie nie dlatego, że firma jest jakaś super, choć są OK, ale dlatego, że kiedy ginie licznik, to montowanie już jest, więc łatwiej kupić taki sam. Ale fakt, że ginie (dwa wypadły podczas jazdy z uszkodzonego montowania, jeden z dobrego), jest już wadą.

Światła

Mrugające diody zwykłe w szosówce, jakaś Specialized latarka w Agnieszki rowerze. Ale jestem (teoretycznym) zwolennikiem dynama do zastosowań turystycznych. Zazdroszczę Stasiowi.

Bambino (?) (197?-??)

Pierwszy mój rower dwukołowy, zielony. Na trzykołowym wygrałem zawody turnusu (w swojej kategorii wiekowej oczywiście) nad morzem. Pamiętam dokładnie kiedy nauczyłem się jeździć. Tata poszedł po kij, bo bez niego coś nam nie szło. Wtedy ustawiłem się z górki i hopla, to działa!!! Nie pamiętam co się z nim stało.

Pelikan (198?-1990)

Potem był czerwony Pelikan. To już standardowy Romet składany, najmniejszy ze stajni (były jeszcze Flemingi, różne generacje Wigrów, Uniwersale i Jubilaty). Miał dobre siodełko, nowsze Romety miały taką rwącą się karbowaną sztywną ceratę, te było jak skórzane. Pewnego dnia wyszedłem na rower po długiej przerwie i strasznie zaczęły mi przeszkadzać małe kółka. Tak skończyła się przygoda moja z Pelikanem. Rower prawie zakończył żywot razem ze Stasiem, kiedy zjeżdżali razem w Lasku Bielańskim. Jechałem przodem, Staś z tyłu. Po dłuższej przerwie pojawił się zza zakrętu trzymając urwany kawałek ramy z widelcem i przednim kołem. Tak bardzo się nie potłukł, a Pelikan został zespawany.

Sprint 2 (198?-)

Żyje do dziś. Rower Michała. 5 biegów, nie było torpedo, co było ewenementem. Ktoś kiedyś zmontował tylną piastę ze stożkiem na zewnątrz, tak, że wyrobiła się druga strona. Przerzutka Favorit (lżejsza od DuraAce!), koła o dziwnym rozmiarze. Widać ślady pęknięć rdzawych z przodu ramy, nie dałbym raczej do jazdy dziecku. Ale jeździłem na niej ostatnio, ma króciuteńkie korby, chodzi. Koło Zakliczyna na serpentyniastym zjeździe do Paleśnicy stopiłem klocki od jedynego hamulca. Pokryły stalową obręcz czarnym pasem i tak zaczęły wyć, że się zatrzymałem.

Jubilat 2 (1986?-)

Żyje zdrowo, choć widelec wygięty. Film nakręcony w 2007 roku jest tutaj (polecam ffdshow i Media Player Classic). Które to już pokolenie?

Uniwersal (198?-1992)

Połamany przez Tatę na krawężniku na moście Grota. Przez pewien czas funkcjonował jako mega-basic rower, poodkręcałem z niego wszystko co zbędne (błotniki, osłonę na łańcuch, dzwonki, resztki lampek itd).

Konsul (198?-1991)

Kształt składaka, a nie składak. Ciężki strasznie. Ukradziony z klatki schodowej

Peugeot RocFirst (1995-)

Stasia rower, i nasz pierwszy "góral". Oryginalne komponenty fatalne - kiepskie gripshifty, 7-dmio biegowe Shimano Tourney (a przód top-swing i tourney, co mówi samo za siebie). Wielotryb nakręcany (pogięte osie). Do tego rama pękła przy siodełku (zorientowałem się po dziwnym skrzypieniu podczas wycieczki Genewskiej. Ma bardzo dziwną geometrię, trochę jak chopper - pod bardzo dużym kątem rura podsiodłowa i widelec, co powoduje, że podczas jazdy trochę inne mięśnie pracują. Po przyzwyczajeniu jest OK, ale nie polecam przesiadania się tuż przed ważnym wyścigiem (co zrobiłem przed Harpaganem i to dlatego zajęliśmy 200setne miejsce ;) ).

Ale rower żyje do dziś, zrobił mnóstwo kilometrów w terenie i nie. Rama była jeszcze na gwarancji, choć zrobili ją (oddane na Nowowiejskiej) fatalnie - nie wyszlifowana rura podsiodłowa w środku. Komponenty zaczęły ewoluować. Najpierw tylne koło (moje pierwsze własne, Alivio+Campagnolo Everest), potem hamulce (żółte śmieciowe V-Saccon manetki i szczęki, potem zmienione na lepsze no-name z tyłu, potem na V-Acera z przodu), potem przednie koło (Mavic x1xx+ Sachs Quartz, pancerne koło, potem trafiło do tandemu, zastąpione zaplecionym ponownie na oryginalnej piaście i 15-zł obręczy), potem przerzutki Alivio (przód zamieniony ostatnio na XTR!), patelnie i korba AceraX (w prezencie od miłych internautów), suport od "złotego", siodełko od Authora. Na dobrą sprawę niewiele zostało z oryginału.

W wycieczce bydgoskiej jeździł na szosowych kołach 622 i 630 z szosowymi hamulcami (Weinman centrepull). Był w Bieszczadach i Tatrach w 1997, Mazowszu i Genewie 1998, w Austro-Węgrzech 2000 (w zupełnie innej konfiguracji sprzętowej, hamulce i manetki Deore LX itd) i na Harpaganie 2001.

Szosowy Południowiec

Krótki epizod rowerowy w USA, gdzie kupiłem szosowy używany rower za US$50. Miał SIS (zupełny kosmos dla mnie wtedy) i wentyle presta, które mnie nieco przerastały (to te kapturki się odkręca??). Rower porzuciłem dla Forda Mustanga V8 5L (215KM) z 1984.

Raleigh - Czarny (1996-1997)

Pierwszy rower kupiony przez polskie komando 96-97 w Brighton, 25 albo 50 funtów. Górski, SIS 6x3. Własność Małgosi Jakubiak, ale używałem go głównie ja, przynajmniej w zimie. Sporo się psuł, wielotryb wpadł w tryb wolnobiegu dwustronnego, łańcuch się zerwał w górach (co było wielkim kłopotem wobec braku narzędzi i doświadczenia). Źle wyregulowane hamulce wpadły pod obręcz posyłając mnie w dół z górki na campusie po treningu rugby. W przecznicy na szczęście nic nie jechało.

Raleigh - Granatowy (1997)

10 funtów na carboocie. Typowy 10-speeder. Duża rama, stalowe obręcze 630, co bolało na deszczu, szczególnie nie przyzwyczajonych do jazdy bez hamulców. Przerzutka tylna Simplex, manetki z wyłażącymi jeszcze górą kablami. Zrobiłem na nim najwięcej kilometrów w Anglii, rower konserwowany smalcem (Sainsbury Economy Lard). Sprzedany Voksie za 20 funtów, ale był w lepszym stanie niż wtedy kiedy go kupowałem (no, może oprócz tego wybicia na przedniej obręczy kiedy wyleciałem na pełnej prędkości z zakrętu i grzmotnąłem w krawężnik w South Downs).

Biały (Agrhhh!) (1997)

Biały rower kupiony był na Carboocie tego samego dnia co Granatowy, nawet wcześniej. Kosztował 5 funtów i nie był warty więcej. Sparciałe opony, pochlapany białą farbą, zamiast znaczka firmowego miał naklejkę Chiquita Banana. To ostatnie nas tak rozczuliło, że się wykosztowaliśmy. To był rower dla samobójców i jeździliśmy nim tylko wtedy kiedy naprawdę nie było alternatywy (a alternatywy za zwyczaj były, w szczytowym okresie mieliśmy na Clifton Road siedem rowerów!!). Hamulce były symboliczne (były manetki, ale linka się zrywała z rdzy), poleciałem kiedyś w dół Clifton Hill na pełnej prędkości, zakręciłem w skos stoku na krawężnik i wtedy tylna opona wybuchła. Ale potem o ile wiem, Artur Radziwiłł zjeżdżał na Białym na seafroncie po schodach... To od niego zaczęło się nazywanie w Brighton rowerów kolorami.

Claud Butler - Złoty (aka Pomarańczowy) (1997-1998)

Artur Radziwiłł zobaczył go w sklepie z używanymi grami i kasetami wideo na Lewis Road w Brighton. Żałował potem, że sam go nie kupił - nie dość, że go znalazł, to jeszcze dołożył mi do 23 funtów, które Złoty kosztował. To już był naprawdę niezły rower jak na 23 funty (patrz specyfikacja). Ale były to i ostatnie miesiące w Brighton, wiele kilometrów więc na nim nie zrobiłem. Sprowadziłem go w styczniu 1998, po graduacji - LOT, jak zwykle zero problemów. Długo remontowany, czyszczony, zamienił się ze Złotego na Pomarańczowy. Rama pękła razem z nosem na Czinklaku pod Serockiem.

Rama: Złota, potem pomarańczowa, Chromowo-manganowy Reynolds 531, olbrzymia, około 63cm! Kiedy zobaczyli tę ramę sprzedawcy bagażnikowi z Nowowiejskiej, wszyscy się zbiegli... 126mm rozstawu tylnego widelca, bez wypustek na nowoczesne manetki. Olbrzymi prześwit ponad 630mm obręcze, co psuło wydajność hamulców (mało które sięgały bez tarcia o opony).

Napęd: Korby Raleigh (naprawdę Sugino), 52-42. Tył Exage 300, potem zmienione na RSX, przód Tourney. Manetki na obejmie na ramie. Wielotryb nakręcany 5 biegów, po zmianie tylnego koła kaseta 13-23. Łańcuch Sachsowy tani, potem zmieniony na trochę lepszy.

Hamulce: Weinmann centrepull, manetki Exage. Klocki tarły z powodu zbyt wielkiego prześwitu.

Koła: 630mm (27"), aluminiowe (czy ktoś ma na zbyciu podobne?). Z przodu slick-slick hutchinson z bardzo miękkiej gumy, z tyłu Continental, obie 37. Potem przód zmieniony na zwijaną Michelinkę 23-630.

Kierownice, siodełka itd: Kierownica mała, obcięta i obrócona do góry nogami, jak time-trialowa. Fajka długa, "7", w użyciu do dziś. Siodełko koszmarne, wypukłe, Selle Italia Triatlon, zmienione na Selle Royale Nitrox, płaskie, twarde, ale do zniesienia.

Pedały: Japońskie, jednostronne z paskami. Pękły kiedy przewracałem się klatą na rower podczas warszawskiego biegu na orientację przy Żółtym.

Żółty (1998-)

Po śmierci Złotego/Pomarańczowego, kupiłem żółtą ramę 60cm, rurki Columbusa (podobno). 300zł na Gibalskiego, świeżo proszkowo malowana (tak, że nic się nie dało wkręcić), potem się okazało, że trochę bita (niełatwo się jedzie bez trzymanki). Na tym rowerze mam już ponad 15tys km. Był w Maroku, w Argentynie, Kosowie i na większości krótkich (i długich!) wycieczek po 1999 roku. Większość przebiegu po mieście.

Rama: Żółta, 60cm, Columbus (podobno), nie wiadomo z jakiego roweru. 126mm rozstawu tylnego widelca, ale z wypustkami na manetki i na przednią przerzutkę

Napęd: Korby, tylne zębatki, łańcuch (zmienione po 17tys km!) na antyczne DuraAce AX, topowy Sachs i kasetę HG70 13-23, przerzutka RSX ze Złotego. Przednia RX100 (inaczej przykręcana).

Hamulce: Złotego się nie nadawały, znacznie mniejszy prześwit między kołem a ramą. Dwuosiowe Tektro, potem tył zmieniony na stare jednoosiowe Shimano 105 (classic, łożysko, lekkie, ale podrdzewiała stal śrub - i tak właściwie i tak nie używam tylnego hamulca). Klocki zmienione ostatnio na legendarne łososiowe CoolStopy. Manetki od Exage zmienione Saccona (guma strasznie sparciała)

Koła: Tylne od Złotego, ale po 15tys się rozleciała obręcz, więc zmieniona na Mavic Open Pro (+DT Competition). Przód oryginalnie 630mm (mieści się na styk z 23mm oponą), ale po załatwieniu dwóch obręczy w wypadkach (obydwa na ścieżce rowerowej nad Wisłą) zamieniona na głębokoprofilową Campagnolo Atlanta + Campagnolo Mirage (tu dygresja, Campagnolo, mimo całej renomy jest zupełnie do kitu w Polsce - części zamienne są zupełnie niedostępne, piasta do wymiany, bo nie można dostać głupich stożków), plecione na słoneczko + 32 DT Revolution. Opony różne, obecnie jedna Michelin Carbon (czarna gładka, ładna) i Michelin Bi-Axial Sport (nie polecam, powinien być cały czarny bieżnik, a są żółte brzegi, do kitu na deszczu, poza tym jedna zaczęła się rozłazić przy niewielkim przebiegu). Mieszczą się na styk 622-28, dobre na wyprawy.

Kierownice, siodełka itd: Kierownica, fajka od Złotego, kierownica teraz mocno zużyta i wygięta po wypadku nad Wisłą. Co więcej, aluminiowa fajka była trochę rozciągnięta (rozmiar ISO, kierownica ciut większa, "włoska"). Takie rzeczy się łamią, ale trzyma się ten zestaw od wypadku tak długo, że nie chce się zmieniać. Dwie owijki. Siodełko to skórzany Brooks B17. Bardzo polecam (w Polsce do kupienia w Cykloturze), nie tylko dlatego, że bardzo wygodne, ale też z powodu haków na torbę podsiodłową Carradice SuperC saddlebag.

Pedały: Jednostronne SPD VP V107 przejechały już 12tys, ale zupełnie nie polecam. Pierwsza wada to jednostronność, druga to to, że się psują (dwa razy pękła tylna część zapięcia, w drugim pedale ta część "wpada do podłogi", pękła jedna śrubka, na zjeździe z Agua Negra wypadła druga). W wyścigu na 1km ze startu wspólnego na Bielanach zostałem na starcie bardzo z tyłu bo nie mogłem się wpiąć (ale i tak wygrałem z góralami-looserami). Obecnie Ritchey'e jakieś tanie.

Author Linea (1997-)

Rower Agnieszki, była na nim w Bieszczadach i Mazowszu, ale ja jeżdżę nim raczej po mieście w zimie i z dziećmi. Damka.

Raleigh - Zielony (1997, 1999)

Rocznik 62 (sądząc po dacie na 3-biegowym dyno-hubie Sturmey Archer). W strasznym stanie, latały w nim korby (z klinami), ale miał swój styl. Niewiarygodnie stabilna jazda, Artur jechał nim poboczem autostrady bez trzymanki, robiąc zdjęcia do tyłu. Biegi wyrobione i trzeba było trzymać manetkę. Własność Yanna Cherela.

Raleigh - Niebieski mk.4 (1999)

Ten nazywał się Niebieski mk.4, bo mk2, mk3 to dwie szosówki jeszcze z 1997, używane przez Artura. Damka trzybiegowa, własność Mili i Yanna Cherelów. Podczas pierwszej jazdy urwała się linka od hamulca i poleciałem w dół stromego zjazdu z rękami na bramę garażu w akademiku na Kings Road. Podoby manewr powtórzyłem z rowerem poniżej na koniec semestru. Krótko używany, zastąpiony...

Czarny (1999)

Szosowy, duża, chyba czarna rama. Nie pamiętam jak się nazywał. Miał 12 biegów, co było nietypowe, strasznie rozwalony suport, ale niedoodkręcenia. Jeździłem nim przed kupnem Złotego mk2 i po zawiezieniu tegoż do Warszawy. Po pijaku wpakowałem się znów na bramę garażu, kiedy plastikowa torba z czymś (butelkami?) wpadła pod klamkę hamulca. Wygiął się widelec (który zresztą strasznie wibrował przy hamowaniu co doprowadzało do furii). Rower odprzedałem w sklepie na Medeira Drive za jedną trzecią ceny.

Raleigh Medale (1999-)

Damka szosowa, zakup carbootowy, żyje dobrze do dziś. Dobra przednia przerzutka, stara Shimano 105.

Tandem (1999-)

Czy kiedykolwiek wyjdzie z fazy oblatywania i testów? Pomysł zaczął się od cudownej strony Sheldona Browna i wyprzedaży połamanych ram od Treków 830 i 820 po 50zł sztuka w Ski Teamie na 17 Stycznia. Kilka ram z połamanym hakiem przy przerzutce walało się po podłodze, wziąłem dwie w 1999 i zostawiłem na potem. Wolno to wszystko szło, ale w 2000 roku miałem już zespawaną ramę. Potem kłopot z widelcem (rura szosowa, ale niegwintowana), dostałem niemalowany w sklepie na Bemowie, ale w rozmiarze do którego nigdzie nie było sterów. Osprzęt w tej chwili poniżej. Rower nadaje się na wycieczki rodzinne, ale na wyczyn nie bardzo. Prawie pojechaliśmy na Harpagana z Łukaszem Chojeckim, ale w ostatniej chwili pojechaliśmy do Kampinosu. I całe szczęście. Tylne korby sypały się strasznie pod naciskiem dwóch silnych par nóg, na koniec wkręciliśmy wyszukaną z trudem środkową zębatkę (zupełnie nie do zastąpienia, ta była najmniejsza z możliwych do włożenia przy takim rozstawie śrub i chyba cięta domorośle!).

Rama: 2x Trek 830 (full Cr-Mo), cięte przeze mnie, spawane u domorosłego mechanika, widelec 1" ahead. Stery z podkładkami z puszki od CocaColi (rozmiar ciut nie pasował!)

Napęd: Straszna sprawa, przerzutka tylna Acera X (i tandemowa linka), przednia STX-RC (ale za szeroki rozmiar, więc na gumie, teraz właściwie niepotrzebna niestety), łańcuch tylni Shimano IG 71, przedni no-name. Sporo problemów z napięciem synchro-łańcucha, najpierw domowej roboty kółko na blaszce zamontowane na "środkowym widelcu", ale nie spełniało zadania, bo musiało wystawać na zewnątrz. Teraz napinacz do downhillu, który zjada łańcuch, ale powoli. Korby przednie DuraAce AX 175mm (jedyny mój sprzęt Dura-Aceowy!) + jedna zębatka 42, korby tylne to Raleighowe szosowe 165mm (lepiej się kręci szybko z tyłu), zęby oryginalnie 42 (zewnętrzny, synchro), 52, 36 (wkręcona w Kampinosie, niestety nie do dostania, ta była z kartonu w sklepie Planet Cycles w Brighton). Zamontowanie trzech zębatek na dwu-biegowej patelni nie jest łatwe, specjalne śruby jakoś nie wystarczały, o nie trudno, podkładki to też nie jest coś co w polskich sklepach możnaby dostać. Tył 7-biegów SunRace 12-28. Gripy Sachs Centera 3x7 (niektóre wersje są z płynną regulacją przedniej przerzutki, ta niestety nie)

Hamulce: Najpierw tylko przód Sachs 5, potem Magura HS-11, z dodatkową, 2.5m rurką do tylnego hamulca. Nie hamuje mocniej niż V-ki, ale znacznie łatwiej poprowadzić na tył długą rurkę z olejem niż linkę. Klocki to legendarne łososiowe cool-stopy

Koła: Tu się starałem, przód to Sachs Quartz + Mavic X127 i jednocieniowane DT, tył to Alivio, Mavic F517 (lepszy byłby D52x ale nie było w sklepie), DT Alpine 3. Tył - slick Dębicy o mega twardej gumie, przód jakiś slicko-podobny Hutchinson

Kierownice, siodełka itd: Różne, bo rozmiar jest taki jak w Authorze Agnieszki, więc czasami siodełko ze sztycą kanibalizowane tam. Tylna kierownica na Aheadowym krótkim wsporniku i przejściówce z 26.4mm. Podpórka, połamany bagażnik (wkręcony w windę) z Gianta Trackera.

Pedały: SPD Ritchey'a (często zabierane do innych rowerów), tanie VP zębate z tyłu

Raleigh - Czarny mk. 2 (2000)

Dobry rower z carbootu, leży do dziś w komórce przy Dewe Road. Biegi 3x5 - ewenement jak na angielskie szosówki. Pokazał, że górskie rowery nie są wcale potrzebne do jazdy po błocie i wzgórzach South Downs. Łyse koła chronią tylko plecy przed totalnym syfem z ziemi. Sprowadziłbym chętnie go do Warszawy, ale jakoś nie było okazji.

Giant Alu (2000)

Niezły rower górski, około 50 funtów, kupiony głównie dla hamulców (Magury do Tandemu). Deore LX z tyłu, STX-RC z przodu i manetki. Obecnie własność Tomka Mikielewicza. Sprawdził się w South Downs w naprawdę koszmarnych warunkach najmokszejszej jesieni tysiąclecia w Wielkiej Brytanii (naprawdę, sprawdźcie sami). Podczas większości wycieczek góralskich był cały oblepiony błotem, na tyle, że nie było widać przedniej przerzutki (coś jak system ciągłego smarowania błotem łańcucha, ale nie przejmuj się Tomku, łańcuch Ci zmieniłem). Na nim też nauczyłem się skakać, choć rama była za duża na jakieś super ewolucje.