Logo (c) Agata JedrzejczykDo domu • Zdjęcia • O kraju • Linki

Ruanda, 17-24 lutego 2007

Szczegółowy plan trasy można też zobaczyć używając Google Earth i ładując następujący plik kml. Są tam już pierwsze zdjęcia i opisy, warto więc sprawdzać co jakiś czas co nowego. Dla tych, którzy nie mają Google Earth, można zawsze użyć tego linku.


View Larger Map

17 lutego, wylot. Przy wylocie z Warszawy miła niespodzianka od LOTu- zamiast płacić SN Brussels stawkę za rowery (€95 za sztukę) nadaliśmy wszystko za darmo. W drodze powrotnej z Kigali nie było już tak miło.

Dolecieliśmy bez żadnych kłopotów- te zaczęły się dopiero przy celnikach. Okazuje się, że choć wizy kupuje się na lotnisku, to wcześniej trzeba wymienić korespondencję e-mailową z urzędem imigracyjnym w celu uzyskania "entry facility". Na szczęście skończyło się tylko na dłuższym oczekiwaniu, potem puszczono mnie na zewnątrz po Hugh, który czekał na nas. Ten, z pomocą legitymacji rwandyjskiego ministerstwa finansów wynegocjował wpuszczenie nas w 2 minuty. Rowery tylko generalnie bez strat - znikł czujnik do licznika Stasia i złamał się zaczep od błotnika. Rachel (z Human Rights Watch) przewiozła złom nasz Hiluxem, wieczorem jeszcze jedzenie w restauracji.

Póki co to wrażenie uporządkowania (też na lotnisku) i przystępnego klimatu. Ale też przylecieliśmy po zmroku.

18 lutego: hard core'owy początek: Najpiew wizyta u sympatycznych pań z ORTPN, i przebookowanie na następny dzień niezabookowanej (jak się okazało) wizyty w Parku Wulkanów i wśród górskich goryli. Impreza droga, ale jedyna w swoim rodzaju. Po wymianie pieniędzy w przyhotelowym banku czynnym w niedzielę wyruszyliśmy do Ruhengeri/Musanze i wulkanów. 115km, przewyższenia 1600m, przy braku jakiegokolwiek treningu (szczególnie na objuczonym rowerze) było trudne. Na tyle trudne, że trochę oszukaliśmy (dobra, ja oszukałem), łapiąc na okazję rwandyjakiego-tutsyjskiego biznesmena, wcześniej żołnierza, wcześniej emigranta w Belgii. Cała impreza nie dość że pozwoliła nam na trafienie pod wulkan tuż przed zmrokiem, to jeszcze dostarczyła zaproszenia do jego posiadłości w Gisenyi. Z zaproszenia nie skorzystamy, ale jeszcze się spotkamy. Ostatnia część drogi, z Rugengeri do Kinigi to już koszmar - droga dobra, ale 12km non-stop pod górę, z tłumami dzieci i dorosłych w peletonie. Zamiast cierpieć w milczeniu na koniec dnia, trzeba było odpowiadać na setki goodmorningów, bondziurów, itp-itd. To trasa uczęszczana przez białych, do tego okolice bardzo zamieszkane, wzmaga to bardzo zainteresowanie. Za to zjazd w dół dwa dni później był bardzo przyjemny...

Silverback19 lutego: Strzeż się goryyyyyla: Rowery zostały w Kinigi Guesthouse, po porannej (7:00) zbiórce w siedzibie ORTPN i wybraniu najtrudniejszej i najlepszej grupy goryli do odwiedzenia (Susa) ruszyliśmy samochodem do początku trasy. Była nas tylko szóstka - Florian (Francuz) i Karine (Belgijka, mieszkająca w Kigali) oraz ojciec i syn Hiszpanie, maniacy sprzętu fotograficznego. Oprócz przewodnika było dwóch tragarzy (niosących obiektywy Hiszpanów), oraz trzech żołnierzy. Wycieczka super - zmachaliśmy się bardzo, ale nie za bardzo na podejściu z 2500 na 3500m - goryle w porze suchej wynoszą się wyżej w poszukiwaniu jeżyn. Najpierw strome podejście beskidzkie, wśród pól. Potem początek rezerwatu i droga już przez gąszcz bambusowy, potem inny, potem wrzosowiska i chłodniej.

Wśród goryli spędziliśmy godzinę. Jak zwykle futrzaki niewiele robiły sobie z przepisów wymagających zachowania odległości 7 metrów od ludzi (jak się okazało obiektyw 400mm 2.8 był dźwigany na darmo :) ). A my nie bardzo mięliśmy się gdzie wycofać, bo polana mała, goryli dużo, szczególnie potem, kiedy wszystkie zaczęły łazić (jeden z tropicieli krzyknął w pewnym momencie "don't run" i nie byliśmy pewni czy mówi do goryla, czy do nas. Małpy robią wrażenie - są wielkie, szybkie, silne, turlające, czasem walną się klacie i mimo zapewnień o łagodnym usposobieniu, pozostało przyjemne (z perspektywy) ogólne wrażenie nie-całkiem-bezpiecznej-przygody.

Zejście było trudniejsze, bo więcej było wycinania maczetami przez gąszcz, a błoto bardziej dokuczało na dupo-zjazdach.

20 lutego: rowerem i łodzią:  Bardzo miły dzień - kolejna wczesna pobudka i o wschodzie słońca pędziliśmy już w dół z Kinigi do Ruhengeri (prawie asfaltową drogą). Podjazdy na drodze do Gisenyi poszły całkiem gładko, zjazd był do tego z wiatrem, dość powiedzieć, że 70-80km do Gisenyi zrobiliśmy elegancko przed południem. Miasteczko to wygląda niestety jak zapadłego trochę kurort u stóp aktywnego wulkanu. Bardzo ładnie, na trawnikach przy plaży pracowali ludzie, ale nie bardzo było gdzie usiąść przy piwie na brzegu. Rundka na promenadzie kończy się punktem granicznym z Demokratyczną Republiką Konga. Dziś całkiem tam spokojnie, ale jeszcze kilka lat temu był to teatr gigantycznych migracji, zamieszek, wielkiej porażki organizacji charytatywnych (które próbując karmić milion uchodźców w Goma, tuż za granicą w rezultacie zbroiły Interahamwe były reżim Rwandyjski odpowiedzialny za ludobójstwo). Zaprosiliśmy też Jean-Paul'a (tego który podwiózł nas pierwszego dnia) na lunch w hotelu Bella (śliczny kolonialny dom, wolna obsługa i takie sobie jedzenie). Jean-Paul pomógł nam zaaranżować motorówkę do Kibuye za cenę paliwa (mniej więcej, ale i tak było pięć razy taniej niż cena rynkowa, bo i rynku nie ma). Droga samochodem wzdłuż jeziora Kivu po gruntowej drodze trwa jakieś 6 godzin, autobus jest jeden dziennie. Mięliśmy płynąć 1-1.5h, płynęliśmy może 3, czy to z powodu fal które chlapały do kabiny, czy problemów z silnikiem. Dość, że o zachodzie słońca w Kibuye zadzwoniliśmy do Francesco - Szwajcara pomagającego wdrożyć procedury w samorządach. Francesco dokucza samotność, stąd też chętnie nas podjął u siebie, ale życie ma całkiem wygodne. Dom z ogrodem i plażą nad Kivu, w weekend paragliding... Od niego to dowiedzieliśmy się co to jest akaciupa (butelka plastikowa) i jak się nazywa drewniany rower (igi toga-toga).

Na jeziorze Kivu

Toga-toga21 lutego: teraz to już na prawdę hard-core: Ani Rose z Kigali (która jeździła na rowerze po Ruandzie), ani Francesco nie wierzyli, że droga z Kibuye do Cyangugu (czyt cziangugu) jest do zrobienia w jeden dzień. A jednak! Ponad 100km po drodze o różnym stopniu utwardzenia (od skał, po wystające kamulce, twardy szuter, błocko) i (jak zwykle) przez górki i dołki wzdłuż przepięknego brzegu Kivu (zielone fiordy, kawowe plantacje, w tle na horyzoncie wulkan). Trudny był środek - zjazd po niby równej drodze, ale z taką ilością wystających kamieni, że hamować i stać na pedałach trzeba było przez godzinę. Błoto na niższych kawałkach - rzadkie przecież i do przejechania boczkiem dawało przedsmak jak wyglądać może środkowa Afryka w porze deszczowej. Na koniec mieliśmy oczywiście dosyć już wszystkiego - pyłu, dzieci (jak zwykle wieczorem, po szkole, bardziej uciążliwe), potem jeszcze upragniony asfalt, który okazał się wstępem do następnego trudu - podjazdu o 400m do spania. Zamiast w ORTPN guesthouse, skończyliśmy w domu gościnnym plantacji/fabryki herbaty Gisakura. Bradt pisze, że noclegu nie da się tam zarezerwować, trudno też znaleźć faceta z kluczami. Dlatego jest trudno, że facet to nie facet, tylko Maman Ku-ku (wdowa z siedmiorgiem dzieci, ma na imię Seraphine naprawdę). Czekając na Mamę KuKu, wypiliśmy z żołnierzami, których pluton co najmniej stacjonował na terenie plantacji (blisko jest granica z Burundi, DR Konga, a także dawne obozy uchodźców pod rządami interahamwe). Najbardziej ponuro wyglądający, z przekrwionymi oczyma żołnierz miał na imię Inocence.

Na plantacji dowiedzieliśmy się, że herbaty prosto z krzaka nie da się raczej pić. Tzn wypiliśmy, ale wyszedł szczaw.

22 lutego: góry i dżungla: Po trudach poprzedniego dnia wyruszyliśmy później, a szkoda - miało być niewiele łatwiej. Droga przez Park Narodowy Nyungwe, choć górzysta jest przynajmniej bardzo pusta. Mało jest samochodów, jeszcze mniej ludzi (jedynie pracujący publicznie - koszący krzaki w przydrożnych rowach nie wydawali się zbytnio zaangażowani, ale też nic dziwnego - dniówka to ponoć 300 franków dziennie, to cena jednej fanty!). W Uwinka zrobiliśmy przerwę na przechadzkę po lesie - najdroższe 1.5h w historii turystyki. Wychodzi stamtąd kilka kolorowych szlaków, które wracają w te same miejsce. Niestety przejść się nimi tak po prostu nie da, trzeba iść z przewodnikiem, wejście do parku kosztuje, słowem, za godzinny spacer trzeba wyłożyć jakieś 50 USD, do tego jeszcze nie ma gwarancji, że zobaczy się jakiekolwiek zwierze. W porze suchej jest niemal pewność, że się zobaczy jedynie gąszcz. Akurat mieliśmy szczęście - gromadka "błękitnych małp" (Cercopithecus mitis) nasikała na nas z góry.

Dalsza droga była ładna, choć upał, bardzo długie podjazdy i frustracje związane z brakiem konkretnej przełęczy (po której miałby być tylko zjazd) dawały o sobie znać. Jakoś też nie jedliśmy wiele, co w okolicach Gikongoro zaczęło przejawiać się lekkimi objawami hipoglikemii u mnie. Ostatni kawałek przed Butare był nawet przyjemny, ale że słońce zaszło, złapaliśmy na stopa katolika pracującego dla protestanckiego kościoła, który nas podwiózł ostatnie 10km.

W Butare reklamowany hotel Ibis opanowany był przez wycieczkę niemieckiej młodzieży, wylądowaliśmy więc z fasonem w Faucon, kolacje zjedliśmy w nowootwartej chińskiej knajpie. Ciekawe było przejście nocą przez centrum kulturalne Ruandy - ciemno, głucho, szczególnie poza główną ulicą...

23 lutego: Nędza i Ruhango: Plan oryginalny był taki, żeby załadować się na autobus i pojechać z Butare do Kigali. Ale, że ja się już rozruszałem, Michał jeszcze nie wiedział, że dostanie gorączki, a cała logistyka szukania autobusu jest dobijająca, to po zakupach w sklepie z pamiątkami (na przeciwko Ibisa, bardzo dobrze wyposażony, ceny na eksponatach, więc nie ma targowania, polecam) ruszyliśmy na północ. Po drodze przyłączyła się do nas cała korporacja rowerowo-taksówkowa. Gdyby było to na początku, nie mielibyśmy żadnych szans, ale po kilku dniach jazdy przez wzgórza Ruandy stanowiliśmy już dla nich konkurencję i na kolejnych zjazdach towarzystwo się wykruszało. Ale jechaliśmy razem kilkanaście kilometrów. Skrzyp niesmarowanych nigdy łańcuchów kusił mnie aby naoliwić im je, ale były one tak zużyte, że niewykluczone, że rowery przestałby im działać w rezultacie...

Pierwszy, długi postój to Nianza, przedkolonialna stolica kraju. Tam muzea, w tym zrekonstruowany pałac królewski. Przewodnik (emigrant powracający z Ugandy) mówił dobrze po angielsku i znał się na rzeczy. To samo można powiedzieć o pozostałych, z którymi mieliśmy do czynienia w parkach narodowych. Na muzeum sztuki nie mieliśmy jednak już siły.

Po drodze do Gitaramy było jeszcze Ruhango (tak, tak). Dzieci więc niech dalej nie czytają. To miasteczko z największym targiem w kraju, który odbywa się w piątki (a więc właśnie tamtego dnia). Kiedy jednak tam trafiliśmy, późnym popołudniem, większość dawno się zwinęła.

Wieczorem w Kabgai, miejscu najstarszej katedry w Ruandzie (i zamordowania trzech biskupów w czerwcu 1994 przez żołnierzy RPF w odpowiedzi na otwarte czasem współdziałanie niektórych księży z mordercami w poprzednich dwóch miesiącach) zameldowaliśmy się w ogromnym, nowoczesnym przykościelnym centrum hotelowo-konferencyjno-szkoleniowym.  Michała dopadła gorączka pod prysznicem, ale jakoś się zakurował, ja dopadłem pierwszy raz działający komputer z internetem. Stołówka była, ale jakaś trudna w obsłudze - na herbatę czekać trzeba było 20minut, jedzenia wolałem nawet nie próbować zamawiać, skończyliśmy więc ostatnie kabanosy.

24 lutego: odlot: Przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów do Kigali oszukiwaliśmy kilka razy, łapiąc się trzy razy tej samej ciężarówki (ale na bardzo różnych podjazdach). Wielka pętla zakończyła się, rozdałem ostatnie t-shirty i akaciupas i przybyliśmy zanim skacowany Hugh obudził się po nocy w klubie New Cadillac.

 

Buszmen w bambusowym gąszczu

W bambusowym bushu

Scena z okolic Ruhengeri

Scena wiejska

Na drodze do Gisenyi

Na drodze do Gisenyi

 

Ta małpa w niebieskim...

Blue monkey


  Do domu • Zdjęcia • O kraju • Linki