By popular demand ta sekcja jest rozszerzona - w log jest tylko suchy opis podróży, ciekawsze rzeczy raczej poniżej.
Polacy przed przyjazdem powinni wypełnić formularz na stronie odpowiedniego urzędu i wydrukować odpowiedź. Bez tego druczku na lotnisku są kłopoty - my je mieliśmy, ale na szczęście nasz muzungu z przepustką ministerstwa gospodarki i finansów wybawił nas z kłopotów. Z druczkiem trzeba jeszcze kupić (na lotnisku) wizę - 60USD, albo 50€.
Karty kredytowe się przydają jedynie przy płaceniu za parki narodowe w Kigali i za rowery na lotnisku, ale i to kiepsko działa. Dolary lepsze niż euro, ale euro też podejdzie w Kigali.
Osoby, które chcą zrozumieć co się działo w 1994 roku i dlaczego powinny przeczytać wykład o Ruandzie Ryszarda Kapuścińskiego z książki Heban dostępny na stronie GW. Jeszcze lepszym źródłem jest książka Philipa Gourevitcha We wish to inform you that tomorrow we will be killed with our families, która zamiast epatować sensacją, krwią i gwałtem sięga znacznie głębiej, także w dwa lata po ludobójstwie. Ponury jest obraz pośredniego uczestnictwa w zbrodni Francji, a wcześniej (bardziej pośrednio jeszcze) Belgii, podobnie jak i niemoc ONZ. Smutne jest też zamazywanie win w następnych latach i mieszanie morderców z ofiarami przy okazji kryzysu związanego z obozami uchodźców Hutu. Jeśli depresji jeszcze komuś mało, to można przeczytać jeszcze Shake hands with the devil Romeo Dallaire'a, dowódcy sił ONZ z tamtego okresu.
Od czasu 1994 roku sporo się zmieniło, rząd stara się dosyć silnie odcinać od kastowych korzeni, choć opinie co do bezstronności są podzielone, trudno też oczekiwać pojednania i bezstronności nawet 13 lat po koszmarze Tutsi. Nikt od Żydów nie oczekiwał gestów pojednania wobec Niemców w 1955 roku.
Dane ministerstw spraw zagranicznych, ambasad, ubezpieczycieli są na szczęście nieaktualne. Według tych, niebezpieczne są południowy zachód i północny zachód kraju, przy granicy z DR Konga (d. Zair) i Burundi. Choć żołnierzy rzeczywiście jest na południu trochę, a turystom w parku wulkanów na północy towarzyszy trójka pod bronią, to incydentów nie było od ponad dwóch lat. Bezpieczeństwo codzienne (włamania, napady, porwania) znacznie lepsze niż w bogatszych krajach Afryki (RPA, Nigeria) - Ruanda to kolejny kraj w którym łańcucha do zapięcia roweru użyliśmy tylko po to, żeby zupełnie nie wyrzucać sobie taskania sobie go przez setki kilometrów...
Potencjalne problemy zdrowotne to żółta febra (obowiązkowe szczepienia), przydaje się też odnowienie polio, duru brzusznego, żółtaczki A i B, tężca, błonicy, sepsy, wścieklizny (w Polsce akurat nie szczepi się prewencyjnie). Powyższe szczepienia można zrobić za jednym razem w Sanepidzie w Warszawie (róg Chłodnej i Żelaznej), kosztują niestety niemal 600zł (na szczęście większość jest ważna przez 10 lat). Do tego przydaje się coś na malarię. Komarów nie ma wcale zbyt dużo (w tydzień widziałem ich tyle ile w każdym momencie na przedramieniu w polską wiosnę), jeśli ktoś nie jedzie na wschód kraju (gdzie niżej i bagniściej) to może zaryzykować niebranie niczego.
Przyjemny z powodu wysokości. Dwadzieścia-parę stopni średnio przez większość roku. Pory deszczowe nie takie straszne (bo główne drogi jedne z lepszych w Afryce), suche w lecie i od grudnia do lutego-marca. Nasza pora sucha była ponoć bardziej mokra niż zwykle (padało może trzy razy) - temperatura potrafiła wahnąć się z 32st rano do 22st w południe gdy pojawiły się chmury.
Gdyby nie historia ostatnich 20 lat trudno byłoby się nie zachwycać ludźmi. W życiu się tyle nie nauśmiechałem w odpowiedzi na uśmiechy miejscowych. Dodatkowego smaczku dodaje ewenement białego na rowerze: okrzyki "Umuzungu", "muzungu!" trwają od rana do wieczora, różni się tylko liczba osób w peletonie - lokalnych rowerzystów chcących sprawdzić, czy wyprzedzą nas pod górę z żoną i workiem kawy na bagażniku, dzieci chcących usłyszeć odpowiedź na swoje "bon dziuru, bon jour, ebondziur, good morning (o 17)", dzieci proszące o "akaciupa" (małą butelkę plastikową), itd. Choć nieustanne kibicowanie może zmęczyć (i męczy, szczególnie wieczorem, kiedy dzieci są już po szkole, a siły w nogach na podjazdach nie ma, aby uciec gromadzie), to w sumie doświadczenie obcowania z miejscowymi jest bardzo pozytywne. Trudno jednak uciec całkiem od pytania w myślach: "co pan robił 12 lat temu?".
Dla Polaków egzotyczna jest potęga i autorytet rządzących. O ile można zrozumieć portrety prezydenta (Kagame we wszystkich przekazach rzeczywiście wygląda na nadzwyczajnego generała i polityka), to już walne stawianie się na sobotnie roboty publiczne, płacenie ubezpieczeń zdrowotnych, itd. jest dla nas czymś nietypowym. Łapownictwa nie ma, jest tylko dokładne wypisywanie wszystkich kwitków. Nie ma też śmieci na ulicach, choć wynika to nie tylko z zakazu używania torebek plastikowych, ale też z biedy - np butelki PET są zbyt cenną rzeczą, żeby walały się po ulicach.
Bieda jest niestety wszechobecna. Ta monetarna jest przygniatająca - wielu ludzi nie widziało i nie zobaczy prawdopodobnie na oczy niektórych banknotów ruandyjskich (a największy wart jest 10USD) - rolnictwo jest w dużej mierze na własny użytek. Maszyn rolniczych, traktorów, nawet zwierząt pociągowych w zasadzie się nie używa. Motyka, maczeta, jakieś wygięte noże (mini-kosy), taczka, rower, plecy (a częściej głowa) do noszenia ciężarów. Rodzi to wszystko problem z dawaniem - żebractwa natrętnego bardzo nawet nie ma, ale też nie jest wcale łatwo zdecydować komu podarować koszulkę/butelkę/długopis/pieniądze/słuchawki z samolotu, itd. Lista organizacji charytatywnych jest w przewodniku Bradta, można zawsze zboczyć do szkoły, czy kościoła i zdać się na nauczyciela czy siostrę zakonną.
Oficjalne to kinyarwanda, francuski, angielski, używane w tej kolejności. Warto nauczyć się grzeczności w tym pierwszym, bo znajomość francuskiego jest słabiutka poza miastami, a angielskiego raczej ograniczona do powracających i potomków emigrantów do Ugandy, Tanzanii, itd. Bez francuskiego niełatwo żyć poza parkami narodowymi, czy stolicą.
Drogi z Kigali do główniejszych miast są super-gładkie asfaltowe, żyć i nie umierać. Jednocześnie ruch samochodowy bardzo ograniczony z powodu biedy, gdy robi się ciasno zawsze można zjechać na asfaltowe (bardziej trochę chropowate) pobocze. Kierowcy trąbią, reputację mają taką sobie, ale jest ich na tyle mało, że nie było sytuacji podbramkowych. Nad drogami innymi pracują Chińczycy, ale zbyt szybko się sieć nie zmieni. Szlak wzdłuż jeziora Kivu (Gisenyi-Kibuye-Cyangugu) jest piękny i do przejechania w dwa dni na rowerze, ale męczy (głównie górki, odległość i pył - nawierzchnia do przeżycia, przynajmniej w porze suchej) - raczej do zrobienia z trudem na szosówce, uważając na zjazdach.
Ruanda to "kraj tysiąca wzgórz" i to prawda - trzeba pamiętać o tym kalkulując zasięg dzienny. 500m przewyższenia w dół na 10km może oznaczać konieczność podjechania 200m po drodze... Czasem znajdzie się odpowiednia (wolna) ciężarówka i możliwość podczepienia na podjeździe. W sytuacji podbramkowej (zapadająca noc, skurcze, itd), można łapać stopa - sporo jeździ pick-upów na których załadować można rower i podjechać kawałek.
Uwaga techniczna: Ruhengeri to dziś Musanze a Butare to Huye, ale na razie na części znaków drogowych, nie koniecznie w świadomości ludzi.
Dziadowski, bułowaty chleb, na śniadanie zawsze omlety, herbata lepsza niż kawa. Pyszne lokalne banany, marakuja, pewnie też ananasy. Jedzenie do kupienia dość europejskie w naturze (frytki, mielone, szaszłyk bardzo wypieczony, ryby panierowane, jakieś zupy) - w domach pewnie inna rozmowa. Obsługa wolna i mało efektywna, ale też gdzie by się tam komu spieszyło... Wynika to prawdopodobnie z niewielkich obrotów. Zanim rozgrzeje się kuchnia, zadzwonią po kucharza, musi upłynąć trochę czasu.
Sklepów jest sporo (z wyjątkiem może drogi przez Nyungwe na południu), więc z głodowaniem raczej nie ma problemu. Łatwiej o Fantę Citron niż o wodę butelkowaną. Czasem jednak sklepy nie wyglądają zbytnio jak sklepy (ot, taka lepianka). Nie zawsze też mają wydać z 5000-frankowego banknotu.
Kraj jest na tyle mały i na tyle niepopularny turystycznie, że do jakiegoś hotelu z miejscami dojechać najczęściej zawsze można. Wyjątkiem są brzegi Kivu, gdzie baza turystyczna jest ograniczona do Gisenyi, Kibuye i Cyangugu (o ponad 100km kiepskimi drogami od siebie), a także wschód kraju - rezerwat Akagera. Sanitariaty w hotelach są najczęściej znośne, choć gorsze niż np. w Argentynie. Moskitiery były w połowie przypadków. Ceny od 5tys do 20tys franków (czyli jakieś 120zet) za apartament trzypokojowy w Butare/Huye.
Bardzo różnie. Żyć da się w Ruandzie bardzo tanio - jedzenie w spożywczych, usługi, itd są jedne z tańszych w Afryce (podobno). Drogie są dobra trwałego użytku, łącznie z samochodami i elektroniką (wszystko trzeba sprowadzać lądem z Mombasy), oraz parki narodowe. Wizyta u goryli kosztuje niemal 400 USD (od lipca 2007 ponoć 500 USD). Uwaga przy tym na przeterminowane przewodniki, ceny w "aktualnym" Lonely Planet są z innej planety.
Są wszędzie i w 90% są wariantami tego samego modelu. Stalowe obręcze, hamulce bardzo starego typu (łapiące obręcz od strony nypli), pełen tuning - błotniki, dzwonki, gwizdki, malowanie, okręcane druciki, chlapacze z napisami religijnymi, wzmocnienia widelca i bagażnika z prętów zbrojeniowych, modyfikowane sztyce siodełek (tak aby wygodnie siedzieć można było na bagażniku), poduchy bagażnikowe, itd itp. Łańcuchy najczęściej tak wytarte, że ledwie trzymają się na zębatkach, brak pedałów, jednie ośki i bose stopy dopełniają widoku. Miejscowi nieźle jeżdżą pod górę, nawet z bagażem (tylko jeden bieg!), na zjazdach (na asfalcie) braliśmy ich z reguły.
Słynne drewniane rowery (właściwie hulajnogi) to Igi Toga-toga. Pełne samoróby, kawały gumy z opon samochodowych na kołach, hamulec z deszczułki nad tylnym kołem. Niestety są już dosyć rzadkie. W naturze widzieliśmy jedynie dwie sztuki i to w wersji mini - dla dzieci. Jeszcze niedawno powszechne były toga-toga w różnych rozmiarach, też maxi - do wożenia worów kawy do mycia i suszenia. Prawdopodobnie ciągle używane są one poza głównymi drogami. Podobno konstrukcja nowych jest zakazana dla ochrony drzew, a w okolicach Ruhengeri mężczyzna bez toga-toga nie miał szans na żonę. Teraz wystarczy chiński modsowy rower. Patrz też www.projectrwanda.org.
Plus paszport, kasa, bilet :), żółta książeczka z wpisem o szczepieniu na żółtą febrę, jakaś apteczka