Na stronie jest między innymi relacja z "wypadku na torze", w dziale aktualności. Strona jest w potwornych, oryginalnych kolorach. Obrazki zaginęły, są więc błędy. Z polskich liter jest jedynie ó. Przycisk <back> w przeglądarkach jest konieczny - inaczej nie ma powrotu tutaj. Tak czy inaczej uwaga na Economic forecasting!

Ta trasa ma kilka wariantów i w różny sposób ją robiłem. W Danehill jest prywatna szkoła gdzie pracowała Marysia Olech, i stąd wycieczki tam (wracałem z resztkami z kuchni - starczały na tydzień). Szczególnie piękny jest kawałeczek pomiędzy Haywards Heath a Danehill - górki, lasy (większość w tym kraju wycięta - ofiary rewolucji przemysłowej), zające i kuropatwy. Kawałek między Lewes i Danehill w sumie średni, oprócz samej końcówki. Można wrócić z Haywards Heath pociągiem. Razem obracałem tą drogą z trzy razy.
Trasa bardzo grupowa (większość zdjęć z tamtego okresu pochodzi z tej wycieczki). Przyjemny kawałek wzdłuż nadbrzeża po betonowych płytach do Peacehaven mniej więcej, potem drogą ruchliwą do Seaford, tam na klify, piknik i jazda dalej przez Lewes do kościoła w Falmer i dalej do domciu. Razem coś z 60km. W drodze powrotnej Artur znajduje kolejną granatową szosówkę w krzakach przy autostradzie. Nikt się po nią nie zgłosił mimo starań. Została więc przyjęta do stajni.

Wycieczka z Arturem Radziwiłłem. Mój niebieski rower był świeżo po
gruntownym wyczyszczeniu, stalowe obręcze lśniły baranim łojem, pogoda śliczna.
Kawałek drogi między Shoreham a Bramber to beznadzieja, ogromny ruch, brak
poboczy i rozjazdy oraz wiadukty A27. Obok wiedzie ścieżka szutrowa w sam raz
dla rowerów (pod warunkiem, że cyklista nie przejmuje się pyłem przyklejającym
do natłuszczonych obręczy). W Bramber resztki zamku - zielona polana na górce,
gdzie spędziliśmy trochę czasu dyskutując nad przyszłością świata. Dalej
przeprzyjemna droga po północnej stronie South Downs, podjazdy, kręto, ładnie.
Na którymś ze zjazdów wyprzedzam Artura, prawie wpadając na samochód z
naprzeciwka, na następnym zakręcie w prawo boję się złożyć wystarczająco,
wylatuję z asfaltu, po trawie i gruch! w jakiś kamulec. No i mój sharp rower
diabli wzięli. Za pomocą kamienia prostujemy pogiętą obręcz, trochę szoruje o
klocek, ale jest cool. Za Poynings bardzo długi podjazd, zadziwiająco męczący,
potem w dół Dyke Road do Seven Dials i do domu.
Ditchling BeaconWycieczka z Gosią Jakubiak, Patrizią Gattoni i Arturem Radziwiłłem. Początek - standardzik, zakupy w Asdzie w Marinie, dalej wzdłuż skał nad morzem, potem w górę od Peacehaven. Asfalt się kończy, trzeba przebić się króciutki kawałeczek polną dróżką do Telscombe, potem Southease i skąd dość ruchliwą drogą do Lewis. Tam okazuje się, że ktoś ma złapaną gumę, Patrizia nawiniętą najmniejszą zębatkę (biopace) na ramę, no i nie mamy korkociągu. Dziewczyny bardzo niepoangielsku pożyczają korkociąg z pierwszego lepszego domu, z Arturem łatamy dziurę i wyrywamy resztki zębatki. Drugie śniadanie na trawie jest fantastyczne. Potem na drugą stronę Downs, dojeżdżamy do Ditchling i w góre na Ditchling Beacon. Wtedy rozumiem jak przydatne na wycieczkach są dziewczyny. Bez nich zarąbalibyśmy się na śmierć na podjeździe, a tak z uśmieszkiem na twarzy jeździmy na około. Na przełęczy przecina się terenowa South Downs Way z szosą, spotykamy więc grupę rowerzystów górskich, całych w błocie, którzy jadą dalej na zachód. Trzy lata później robiąc to samo w innej grupie zrozumiem, że to błoto na plecach to tylko taki bajer wynikający z zębatej tylnej opony. Na gładkich też się da, i jest czyściej. Długi zjazd do Brighton, a tam na maszynce już grzeje się Sainsbury Economy Spaghetti.
W tym roku wycieczek było niewiele. Jedną większą (70km) był wypad do Littlehampton (gdzie, jak się okazało już nie mieszkała żadna znajoma). Można tę długą trasę obrócić bez powtarzania drogi. Za Kingston jest fajoskie muzeum lotnictwa, w środku maniacy Hawkera Tempesta/Typhoona, opona od Lancastera, silnik od Thunderbolta (ponad 2000KM) i basen do sikania w locie. W drodze powrotnej podczepiłem się pod ambitnego kolarza, którego trochę musiał denerwować mój brzęczący błotnik i rozklekotana damka. Razem przejechaliśmy ze 30km. Reszta pobytu to jazdy do Sainsburego na zakupy i na kampus do internetu i biblioteki.

W tym roku większość tras była po wertepach. Muszę więc najpierw odzyskać mapy, potem będą przekazy. 2000 rok to najmokrzejszy okres w historii Wielkiej Brytanii. Wzgórza South Downs były więc wielkim grzęzawiskiem. Rowery dosłownie tonęły po piasty (no naprawde!), łańcuch był cały pokryty brązową mazią, na cieplejszą bluzę nakładałem śmieciowy podkoszulek.