Poronin - Bukowina - Łysa Polana - Zdiar - Bachledova Dolina, (35km, podjazd na Łysą Polanę i przełęcz przed Żdiarem)
Wyjazd pociągiem W-wa-Zakopane o 15:00. Cel to Bachledova przed północą. Na papierze nie wygląda to źle. Jest tylko 40km do przejechania, pociąg staje w Poroninie około 21:00. Zostaje więc trzy godziny na tak krótki kawałeczek. Tylko, że kawałek jest w nocy, w 20st mrozie i na zaśnieżonej drodze, oraz przez dwa - trzy ostre podjazdy. Noc przedtem testowałem jazdę po ciemku po śniegu. To łatwe powiedziałem sobie jadąc w okolicach AWF. I w tym momencie stanąłem na łańcuchu "osiedlowym" zagradzającym dojazd pod blok. Urwała się linka od przedniego hamulca. Przynajmniej nauczyłem się tamtej nocy hamować zeskakując z roweru i szurając butami. Linkę wymieniłem.
Bagaże były zupełnie idiotyczne - plecak Woodpecker na plecach, w środku Canon (którym zrobiłem ledwo trzy zdjęcia). Ubranie jeszcze gorsze. Glany z ciepłymi skarpetami (tu nie było kłopotu), dziurawe jeansy (błąd, błąd!), kusa kurteczka (to nie miało znaczenia).
O 21:00 wyjazd, na początku łatwo. W drodze na Bukowinę szybko zaczyna brakować trzeciej skarpety. Za krzyżówką pod Bukowiną zaczynają się schody, dojazd do Łysej ciężki. Celnicy się śmieją, czasu coraz mniej. Potem podjazd za Javoriną. Nie działa najmniejsze przednie kółko (pogięte zęby tandetnej stalowej Ofmegi) i spada łańcuch, trzeba jechać na średnim. Ciężko, sama końcówka na piechotę. Potem zjazd, znów podjazd, potem zjazd bardzo długi, przez Żdiar, znany zakręt na Bachledovą i tu okazuje się, że nie mam zupełnie pary w nogach - mięśnie zupełnie zamarzły podczas zjazdu. Nie jestem prawie w stanie pedałnąć. Ostatni kawałek jest pod górę, czasu zostało niecałe 20 minut, na zmianę biegnę i jadę. Do chaty Kateriny wpadam o 23:57! Sukces.
Bachledova Dolina - Spisska Bela - Mnisek nad Popradom - Piwniczna (75km, jedna przełęcz przed granicą i duży podjazd na koniec)

Impreza była dosyć krótka dla mnie, obudziłem się i tak późno. Wyjazd w przecudnym słońcu i wśród lśniących szronem drzew w drodze do Spisskiej Beli. Potem jazda na północny wschód, długo, ale dosyć płasko. Dopiero za Lubovną zaczynał się podjazd, ostry dosyć, choć z normalnymi przełożeniami i w lecie nie byłoby z nim kłopotu. Sama końcówka znów na piechotę. Potem bardzo długi zjazd do granicy i o wiele za długi wjazd (już po ciemku), w górę Piwnicznej, aż na koniec drogi. Na szczęście spotykam Artura, Patrizię i towarzystwo.